Dziennik.pl: Po 13 latach na antenie jest Pani weteranką stacji TVN. Czy po takim czasie prowadzenia talk show nie brakuje Pani tematów na kolejne "Rozmowy w toku"?

Ewa Drzyzga: Powinnam dostać pakiet weterana, powiem o tym naszemu dyrektorowi (śmiech). Na szczęście mam bardzo duży zespół młodych ludzi, którzy są ciekawi świata, więc oni są naszą bazą nie tylko tematów, ale i kontaktów z osobami, które się do nich zgłaszają. Ponieważ ludzie żyją teraz w miarę interaktywnie, zwłaszcza internetowo, dawniej pisali do nas listy, a dzisiaj albo dzwonią, albo mailują. Opowiadają nam o kawałku swojego życia, albo zostawiają namiary i proszą o kontakt. To jest nasze źródło.

Ludzie chętni do udziału w programie zgłaszają się do Was sami? Redakcja nie wykonuje pierwszego kroku?

Absolutnie. To z nami się kontaktują. Ja pracuję z ludźmi, którzy są wyczuleni na drugą osobę. To jest właściwie taki wyznacznik, jeżeli pracujesz w redakcji, musisz być osobą empatyczną. To są osoby, które przyciągają do siebie ludzi. Generalnie dziennikarz "Rozmów w toku" musi być także osobą rozmawiającą. Tak więc, oni rozmawiają, słyszą o różnych problemach i kiedy dowiadują się, że coś podobnego spotkało daną osobę, to wiedzą, że prawdopodobnie, nie jest to jedyny przypadek. Jeżeli taka historia powtarza się dwa, trzy razy, to my zaczynamy się nią interesować. Tak było na przykład z tematem nastoletnich matek. Zagadką było dla nas, jak to jest możliwe, bo okazało się, że jest możliwe, że masz 16 lat i chcesz zostać mamą. I wcale nie dlatego, że jest ci źle w domu, wręcz przeciwnie, właśnie dlatego, że masz świetny kontakt ze swoją mamą. Ewentualnie tak bardzo zakochałaś się w swoim chłopaku, że jest to jedyne wyjście, żeby pozwolili ci założyć rodzinę. Te dziewczyny, nie widziały żadnego problemu. Pracuję jako niania, pomagam sąsiadce, więc dam sobie radę. Do nas zaś zgłaszali się przerażeni rodzice z apelem: Zróbcie coś, bo ona chce zajść w ciążę, zupełnie świadomie. A wiadomo jak to jest w dzisiejszych czasach, 16 latka bez zaplecza finansowego, czy mieszkaniowego nie jest przygotowana na to, żeby być młodym rodzicem. Tak więc trzeba postawić ją przed takim zadaniem. Oferujemy więc rodzaj doświadczenia i proponujemy, by na 24 godziny zostały mamami. Myślę, że to jest bardzo ciekawe doświadczenie, zarówno dla moich gości, ale też dla widzów. Czasami kazanie rodziców, mądre słowa eksperta, czy pochylona i zatroskana Ewa mniej dadzą, niż to, czego sam doświadczysz. To staramy się ostatnio robić w naszych programach. Jeżeli w grę wchodzą jakieś zabiegi, które proponują nam terapeuci, to są to historie, z którymi wychodzimy na zewnątrz.

Jakiś czas temu w mediach pojawiła się wypowiedź osoby, która rzekomo była gościem "Rozmów w toku". Jednym z jej zarzutów było to, że Pani, jako prowadząca, jest mistrzynią wyciągania emocji z ludzi, a cały program dąży do tego, żeby nakłonić gości do najbardziej intymnych wyznań, nawet wówczas, gdy wcześniej zastrzegli, że o danych tematach nie chcą rozmawiać. Czy w "Rozmowach w toku" manipuluje się rozmówcami?

Trudno jest mi odnieść się do tekstu, na który pani się powołuje, bowiem jak się później okazało, osoba, której zdjęcie opublikowano, jako rzekomej postaci doświadczonej w naszym programie, z której wyciągnęłam coś, czego nie chciała powiedzieć, sama napisała do nas, że to jest absolutnie nieprawda. Teraz jest z nami w kontakcie, wiemy, co u niego słychać i nieprawdą było to, co zostało napisane, zresztą nie wiem przez kogo i po co. A prawda jest taka, że ja sobie nie wyobrażam wyciągania dlatego, że ja nikogo nie zmuszam do tego, żeby przyszedł do nas do programu. Ludzie zastanawiają się często: jak to pani robi, że goście się tak otwierają. A przecież to nie jest tak, że ja spotkałam kogoś na ulicy i powiedziałam: chodź do nas do studia, porozmawiamy o tym, co cię dręczy. Nie tak to działa. To są osoby, które odpowiedziały na nasze zaproszenie, bo wiemy, że robimy taki program i chcemy zmierzyć się z tym, na ile jest to problem realny. To jest ich decyzja. Takie osoby rozmawiają najpierw z dokumentalistami, nie raz, tylko wielokrotnie. To nie jest tak, że ktoś wchodzi na wizję z ulicy, tylko zanim przyjedzie do programu, jest już po kilku godzinach spędzonych wcześniej w studiu. Później my się spotykamy, rozmawiamy i nawet w trakcie, taki uczestnik może wstać i wyjść, powiedzieć, że jednak nie chce brać w tym udziału. Czasami zdarza mi się, że ktoś mówi: ale ja nie chciałabym tego pytania, bo uważam, że jest za intymne. I wtedy o tym nie rozmawiamy. Jak ktoś nie chce rozmawiać, to po prostu z nim nie porozmawiasz i tyle.
Natomiast ja się brzydzę manipulacją. W ogóle najchętniej bym chciała, żeby mój program był na żywo, bo wtedy nie ma żadnych podejrzeń o cokolwiek. Niestety jest to trudne, ze względu na pojawiające się emocje. Ktoś czasami potrzebuje oddechu, ktoś inny nie chce, żeby było widać, że płacze i potrzebuje czasu, by się opanować, czasami są przerwy techniczne. Jest to format, który musi być nagrywany. Ale ja uważam, że w zawodzie dziennikarza najważniejsza jest druga strona i najważniejsza jest prawda. Wiem, że to ja mogę paść ofiarą manipulacji, bo ktoś mi opowie nie swoją historię. Choć staramy się takim sytuacjom przeciwdziałać i jeżeli wiemy, że taka historia może być nie do końca prawdziwa, to nie decydujemy się o niej opowiedzieć. Są inne formaty, w których można wymyślić historię, zadać tekst statyście, który ją odegra, więc po co to robić u nas?

Często zdarzają się sytuacje, w których redakcja ma podejrzenia, że gość opowiada nie do końca prawdziwą historię?

Jeżeli ktoś opowiada nam coś o innej osobie i nie chce pozwolić nam na kontakt z tą drugą stroną, to pojawia się problem. Bo my nie możemy pozwolić sobie na to, by ktoś opowiadał o drugiej stronie, nie mając jednocześnie jej stanowiska. Mówimy wówczas: słuchaj, możemy nie użyć tego na antenie, ale musimy dotrzeć do tej osoby, ponieważ ty mówisz o niej coś, co ją krzywdzi. Tego nie możemy zrobić w naszym programie. To nie jest fikcja, tylko realne życie. Więc jeżeli występujesz z otwartą twarzą, ze swoim imieniem i opowiadasz o swojej żonie, to wybacz, ale musimy zapytać ją o zdanie. Jeżeli ktoś się nie zgadza, to po prostu nie występuje w programie.

Czy po tylu sezonach "Rozmów w toku", nie znudziło się pani dyskutowanie z gośćmi?

Ja ciągle rozmawiam z innymi osobami i naprawdę na sto tysięcy tematów. Ja nie rozmawiam przez 12 lat o wartości dolara i jego stosunku do jena. Rozmawiam o wielu różnych rzeczach z wieloma osobami i mam wielu różnych ekspertów. Mógłby ktoś pomyśleć, że tym można się kiedyś znudzić ale nagle pojawia się jakaś historia, albo jakaś osobowość, która cię tak wciąga, że przestajesz myśleć w ten sposób. Są też programy, które są jakimś wyzwaniem, na przykład kiedy gdzieś wyjeżdżamy. Inaczej się wówczas przygotowuję, jest inna ekipa, muszę inną wiedzę zdobyć, więc to też zaburza codzienność i zapobiega nudzie. U nas nie ma rutyny. Prowadzę program 12 lat, ze stałą ekipą i wydaje się, że wszystko jest sprawdzone, ale za każdym razem coś jest w stanie mnie zaskoczyć, nawet w realizacji. Tak więc na razie nie ma mowy o nudzie.

Dziękuję za rozmowę

Dziękuję

Ewa Drzyzga - dziennikarka radiowa i telewizyjna. Była związana z Radiem RM FM, Polsatem oraz telewizyjną Jedynką. Od 12 lat na antenie stacji TVN prowadzi talk show "Rozmowy w toku".