Anna Sobańda: Praca reportera podróżnika różni się od pracy w telewizyjnym studio. Jak czułeś się w nowej roli?

Reklama

Marcin Prokop: Zupełnie naturalnie. W obu sytuacjach najważniejsze jest dla mnie spotkanie z człowiekiem i nie ma większego znaczenia, w jakich okolicznościach się ono odbywa. Największa różnica polega na tym, że w telewizyjnym studio limituje mnie czas, często ograniczony zaledwie do kilku minut na rozmowę. W takiej sytuacji nie ma komfortu zbliżenia się do rozmówcy, zdobycia jego zaufania, a potem nie da się zmontować najbardziej interesujących fragmentów. Wywiad na żywo w pięciominutowym „okienku” to raczej sztuka samoograniczania, wyboru pytań, których się nie zada. Natomiast w pracy nad dokumentem czasami trzeba wykonać dwugodzinną rozmowę aby na końcu wybrać z niej zaledwie kilka zdań, pasujących do idei całości. Pomysł na wycieczkę do Korei zakładał przyjrzenie się mentalności mieszkańców tego kraju, psychologii społeczeństwa zupełnie odmiennego od naszego, bez koncentrowania się na aspektach krajoznawczych.

Co cię najbardziej w mentalności Koreańczyków zaskoczyło?

Mieszanka sprzeczności. Z jednej strony jest to kraj, powiedziałbym, naturalnych socjalistów, gdzie duch wspólnoty, robienia rzeczy razem jest bardzo silny. Kiedy do restauracji wychodzi grupa znajomych, najczęściej wybierają to samo danie. Jakiekolwiek wyłamywanie się z tego kolektywizmu jest bardzo źle odbierane. Jednocześnie jednak jest to miejsce, gdzie panuje nieprawdopodobnie silna presja sukcesu i wrażenie ciągłego, morderczego wyścigu, który zaczyna się jeszcze w szkole. Dzieciaki wychodzą z domu o świcie, a wracają późnym wieczorem. Często przysypiają na lekcjach, stąd popularnym gadżetem są specjalne poduszki do spania z głową na biurku. Inna sprzeczność – jest to bardzo patriarchalne społeczeństwo z silnym kultem macho, a jednocześnie kraj, gdzie sprzedaje się 80% wszystkich kosmetyków dla mężczyzn, produkowanych na świecie. Faceci obsesyjnie dbają o swoją urodę, używanie przez nich make-upu na co dzień nie jest niczym nadzwyczajnym. Przy tym wszystkim, brakuje im wentylu bezpieczeństwa, pójście do psychologa w Korei jest traktowane jako ujma. Opowiadanie o prywatnych problemach w pracy jest źle widziane i traktowane jako nieudacznictwo. Dlatego notuje się tam najwyższy współczynnik samobójstw na świecie, a kariery robią różni, często podejrzani specjaliści od ludzkiej duszy, typu szamani, wróżki, czy mnisi aranżujący fikcyjne pogrzeby.

Powiedziałeś o tym, co cię zaskoczyło, a czy zauważyłeś jakieś podobieństwa pomiędzy koreańską i polską mentalnością?

O dziwo tak. Zaskoczyło mnie to, że Koreańczycy są jak na Azjatów wyjątkowo otwarci, nie mają problemu z szybkim nawiązaniem znajomości. Mamy też podobną umiejętność ułańskiej, hałaśliwej, niczym nie skrępowanej zabawy, zwłaszcza po alkoholu. Gdy jednak osiągniemy punkt przegięcia, wesołość zaczyna ustępować miejsca rzewnej sentymentalności. Otwieramy wówczas swoją duszę i wylewamy życiowe smutki. Sądząc po ilości zataczających się, płaczących facetów w garniturach, szwendających się wieczorami po ulicach z butelką w jednym ręku i chusteczką w drugim, myślę że alkohol zdejmuje z Koreańskiego mężczyzny maskę korporacyjnego twardziela, któremu na co dzień nie wolno okazywać słabości. Oba narody mają też bardzo duży głód bycia uznanym, podziwianym i szanowanym przez inne nacje. Lubimy, kiedy nas chwalą i się nami zachwycają. Dlatego Koreańczycy bardzo poważnie traktują coraz śmielej realizowany plan podbicia świata swoją popkulturą – muzyką, filmami, serialami. Został nawet tym celu uruchomiony specjalny program rządowych dotacji.

Jeden z filmów, który nakręciliście podczas pobytu w Korei mówi o obsesji Koreańczyków na punkcie doskonałości. Świat telewizji i show biznesu, w którym funkcjonujesz na co dzień w Polsce również jest taką obsesją owładnięty. Czy mania perfekcji w Korei różni się od tej, która panuje w polskim show biznesie?

Podstawowa różnica jest taka, że w zachodniej kulturze przez ubiór, makijaż, fryzurę, tatuaże, a także ingerencje chirurgiczne, każdy chce podkreślić swoją indywidualność, odróżnić się od innych. Przy okazji cofnąć zegar, oszukać starość, więc operacja plastyczna wciąż traktowana jest jako objaw pewnej wstydliwej słabości, o której niechętnie się mówi. W Korei na odwrót. Koreańczycy dążą do jednego wzorca, w dużej mierze narzuconego przez gwiazdy tamtejszej popkultury. Wizyty w klinikach estetycznych traktują trochę jak zabiegi higieniczne, coś oczywistego i naturalnego, a nawet społecznie wymaganego. Dziewczyna, która nie zrobiła sobie korekty powiek, by bardziej „zeuropeizować” swoje skośne oczy, odbierana jest jako zaniedbana. Natomiast po wykonaniu operacji plastycznej, ta sama dziewczyna dostaje kwiaty od ojca, który gratuluje jej, że stała się prawdziwą kobietą, często sam tę operację finansując. Wyjątkiem w tym estetycznym szaleństwie są operacje powiększania piersi, które w Europie wciąż jeszcze wykonuje się dość masowo, natomiast w Korei są rzadkością. Duże piersi kojarzą się tam z próżnością, a ta jest w konfucjańskim społeczeństwie czymś źle widzianym.

W filmie pokazujecie, że to dążenie do perfekcji i sukcesu okupione jest ciężką pracą. Jak wspomniałeś, już od małego dzieci uczą się po kilkanaście godzin dziennie. Czy Koreańczycy w tym pędzie do doskonałości są szczęśliwi?

Przeciwnie. Korea, która dąży do szczęścia rozumianego przez pryzmat zewnętrznych atrybutów, takich jak pieniądze, drogie ciuchy czy piękne twarze, wyhodowała prawdopodobnie najbardziej nieszczęśliwe społeczeństwo świata. Świadczy o tym chociażby wspomniany już wysoki współczynnik samobójstw. Kiedy pytałem, zwłaszcza młodych ludzi, jak oni się odnajdują z tą zaprogramowaną już od małego ścieżką kariery, często widziałem łzy w ich oczach. Bo oni zazwyczaj mają zupełnie inny pomysł na siebie, niż oczekiwania narzucone przez społeczeństwo i rodziców, według których jedynie bycie lekarzem, prawnikiem lub w ostateczności inżynierem, gwarantuje życiowy sukces. Rozmawiałem na przykład z dziewczyną, która chciała być piłkarką. Miała do tego pasje i predyspozycje, ale rodzice ucięli jej skrzydła i kazali zostać weterynarzem. Kiedy mi o tym opowiadała, miała łzy w oczach, mówiła, że nigdy im tego nie wybaczy, ale za chwile dodawała, że ich rozumie, bo jako piłkarka pewnie niczego by w życiu nie osiągnęła, a jako lekarz ma szanse na sukces rozumiany jako uznanie innych oraz materialny dostatek. To są wyznaczniki koreańskiego szczęścia.

Drugi dokument, jaki powstał podczas twojego pobytu w Korei Południowej opowiada o klonowaniu. Tam są kliniki, które za odpowiednią opłatą klonują ludziom ich ukochane zwierzęta. Czy nie przeraziło cię to, jak bardzo w zasięgu ręki jest tam również klonowanie człowieka?

Technicznie jest to możliwe już od dawna, hamulcem pozostaje w zasadzie wyłącznie etyka. Dodatkowo naukowcy, z którymi rozmawiałem, przekonywali mnie, że klonowanie ludzi nie ma specjalnie uzasadnienia. Na przykład mroczna wizja, że rodzice chorego dziecka zechcą je sklonować na części zamienne. Tymczasem nie jest to konieczne, ponieważ w laboratorium, korzystając z komórek macierzystych, będzie można sztucznie wyhodować wątrobę, nerkę czy płuca. Przy pytaniu, po co klonować całego człowieka, nie ma więc mocnego argumentu na „tak”.

Chociażby dla zaspokojenia naukowej ciekawości.

Reklama

Środowisko naukowe jest na tyle wewnętrznie przeciwne tego typu eksperymentom, że bardzo szybko wyrzuciłoby poza swój nawias kogoś, kto chciałby złamać te reguły. Poza tym to jest trochę jak z bronią atomową – niby zawsze jest ryzyko, że wpadnie w niewłaściwe ręce ale jednak bariera wejścia w ten temat jest dla większości krajów nie do pokonania, do tego ciągła międzynarodowa obserwacja nie ułatwia sprawy. Nie traktuję klonowania jako realnego zagrożenia. Bardziej obawiam się tego, że na świecie pojawiają się coraz doskonalsze formy sztucznej inteligencji, która rozwija się w niesamowitym tempie. Maszyny, które zyskają świadomość i zdolność reprodukowania się, bardzo łatwo mogą wymknąć się spod kontroli twórców, a kolejnym logicznym krokiem będzie wówczas podporządkowanie sobie ludzi. To nie jest już tylko hollywoodzka wizja, rodem z „Terminatora”. Zagrożenie jest realne, chociaż brzmi to jak brednie oszołoma. Sprawa jest poważna na tyle, że grono kilkuset znakomitych mózgów, z Elonem Muskiem, Stephenem Hawkingiem i Steve’m Wozniakiem na czele, stworzyło specjalny list otwarty, nawołujący do powstrzymania prac nad bronią wyposażoną w sztuczną inteligencję. Jeśli tego nie zrobimy, maszyny niebawem nas po prostu wyrżną.

Dość przerażająca wizja.

Niestety dość prawdopodobna.

Na zakończenie pytanie z innej beczki. Jak przyjąłeś informację o dołączeniu Jarosława Kuźniara do zespołu „Dzień Dobry TVN”?

Byłem zaskoczony. Jarek jest rasowym dziennikarzem politycznym, a w naszym programie polityki praktycznie nie ma. To jest celowa strategia, bo polityka o poranku należy do TVN24, a my mamy dotykać zupełnie innych spraw. Wydaje mi się, że w ramach tematów, które mamy do dyspozycji w DDTVN, Kuźniar może się trochę dusić. Ale uważam go za dużą osobowość i szalenie zdolnego medialnie faceta, więc będę mu kibicował i generalnie cieszę się, że wzmocnił naszą poranną drużynę. Na pewno program w jego wydaniu będzie „jakiś”, a to już połowa sukcesu.