Witamy w świecie przyszłości, w którym śmierć jest wyłącznie chwilową przerwą w egzystencji. Możesz żyć wiecznie, oczywiście pod warunkiem, że masz odpowiednio dużo pieniędzy. Zdigitalizowana świadomość każdego człowieka – w tym jego pamięć i uczucia – przechowywana jest w dyskach zwanych stosami korowymi. Gdy ciało – określane po prostu powłoką – ginie lub umiera, wystarczy przenieść stos do innego, upowłokowić się w nowej postaci.

W nowym ciele wraca Takeshi Kovacs, Emisariusz (w dużym skrócie: przygotowany na ciężką walkę żołnierz elitarnych jednostek), który ostatnie lata spędził w Przechowalni – futurystycznym odpowiedniku więzienia, do którego zamiast żywego człowieka trafia jego stos (a dzięki temu karę można wymierzyć np. na dwa stulecia). Z niebytu wyrwał go niejaki Laurens Bancroft, zblazowany bogacz i Matuzalem – jak nazywa się długowiecznych miliarderów, których stać na kolejne upowłokowienia. Bancroft potrzebuje prywatnego detektywa – sam został bowiem brutalnie zamordowany i choć szybko wrócił między żywych, nie pamięta, co działo się przez 48 godzin przed jego śmiercią. Policja uznała to za samobójstwo, ale krezus wierzy, że padł ofiarą spisku. Kovacs zaś ma tę zagadkę rozpracować.

To tylko najprostsze wprowadzenie w świat „Modyfikowanego węgla” – zarówno fabuła, jak i stworzona na jej potrzeby rzeczywistość są znacznie bogatsze i o wiele bardziej zawiłe. Oglądanie pierwszego odcinka – zwłaszcza jeśli nie czytało się książki będącej pierwowzorem scenariusza – faktycznie przypomina zderzenie z przyszłością i budzi rozpaczliwą próbę zrozumienia nie tylko zasad nią rządzących, lecz także języka, jakim posługują się ludzie. Gdy jednak serial złapie rytm, trudno się od niego uwolnić: ma niezłe tempo, oszałamiające efekty specjalne godne najwyższej jakości kina fantastycznego, przykuwającego uwagę głównego bohatera (Kovacsa gra Joel Kinnaman), a w pokazywaniu seksu i przemocy śmiało podąża ścieżką wytyczoną przez „Grę o tron” – to zdecydowanie propozycja dla dorosłych widzów.

Brytyjski autor Richard Morgan – który „Modyfikowanym węglem” debiutował ponad piętnaście lat temu – sprzedał prawa do ekranizacji krótko po premierze książki. Kinowy film ostatecznie nie powstał. Może to lepiej: trzeba było tych dziesięciu epizodów, żeby oddać bogactwo świata wymyślonego przez pisarza. Morgan w wywiadach powoływał się na inspiracje m.in. „Łowcą androidów” oraz „Wielkim snem” Raymonda Chandlera. Powieść, w polskim przekładzie niedawno wznowiona przez wydawnictwo Mag, jest brawurowym połączeniem cyberpunka i czarnego kryminału. Twórcom wersji serialowej udało się tę gatunkową hybrydę zachować, dorzucili nawet nieco policyjnego buddy movie, szczyptę czarnego humoru i mniej lub bardziej dyskretne cytaty z kina science fiction (zwłaszcza wspomnianemu „Blade Runnerowi” „Węgiel” naprawdę dużo zawdzięcza od strony wizualnej). Całości patronują do spółki Chandler z Williamem Gibsonem, ale i Philip K. Dick odnalazłby tu powracające w jego twórczości tematy i obsesje.

Zachował się również kapitalny, niespecjalnie optymistyczny portret ludzkości za wszelką cenę próbującej zaspokoić hedonistyczne zachcianki, zatracającej się w burdelach, coraz bardziej wyrafinowanych narkotykach, wymyślnych wirtualnych światach (tak właśnie za 500 lat rozwiną się bąbelki naszych społecznościowych mediów, mówię wam, a jeśli się mylę, to i mnie nie sprawdzicie). Morgan ma świetne pomysły: katolicy w świecie przyszłości zmienili się w sektę, która ze względów religijnych odmawia ponownego upowłokowiania; hotele to samodzielne byty (i w ogóle rzadko kiedy mają okazję przyjmować gości); przesłuchania – i tortury – odbywają się w wirtualnej rzeczywistości, wszak skoro ciało jest tylko naczyniem, trzeba do skutku dręczyć umysł; a podróże międzyplanetarne polegają przede wszystkim na przesyłaniu świadomości, która na miejscu może zostać załadowana do nowej powłoki. Serial nader chętnie z nich korzysta, czasem wprowadzając pomysłowe zmiany – powieściowy hotel Hendrix został tu na przykład zmieniony na Kruka, dzięki czemu sterująca nim sztuczna inteligencja przybiera hologramową postać Edgara Allana Poego. Drobiazg, ale pozwala dopisać do scenariusza kilka trafnych żartów.

Szkoda jedynie, że filmowy „Modyfikowany węgiel” w pogoni – skutecznej – za efektem i napięciem trochę traci z oczu to, co stanowiło o prawdziwej sile powieści Morgana. Problemy dotyczące tożsamości, kryzysu moralności, odróżnienia prawdy od fikcji, manipulacji rzeczywistością: tu naprawdę jest pole do spekulacji i rozważań. Wszak mowa o świecie, w którym zatarły się wszelkie granice, w którym możesz być kim chcesz, a twój wygląd, zawód, płeć i charakter przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Na najprostszym poziomie to jest oczywiście metafora naszego życia w sieci, w której chowamy się za awatarami i tworzymy ulepszone wersje samych siebie (przypomnę przy okazji, że powieść powstała jeszcze zanim ruszyły Facebook i Twitter), ale Morgan zdołał z niej wycisnąć znacznie więcej. Netfliksowa produkcja pobieżnie te kwestie szkicuje, jakby ze świadomością, że od serialu widzowie oczekują przede wszystkim akcji i krwi, a nie roztrząsania moralnych dylematów. A może więcej zobaczymy w drugim sezonie? Richard Morgan poświęcił Takeshiemu Kovacsowi trzy powieści, więc kolejne odsłony serialu wydają się formalnością.

"Modyfikowany węgiel" (Altered Carbon), dystrybucja: Netflix