Anna Sobańda: Przed nami kolejna edycja "MaterChef" i "Kuchennych rewolucji". Nie boi się Pani tego, że w każdym z tych programów wychowuje pani sobie konkurencję?

Magda Gessler: W ogóle się tego nie boję, ponieważ chciałabym, żeby było jak najwięcej dobrych restauracji. Ja szkolę kucharzy, robię „Kuchenne rewolucje”, więc cały czas robię sobie konkurencję. Ale to jest bzdura, nie ma konkurencji na tym rynku. Ludzie zawsze pójdą tam, gdzie jest dobre jedzenie i dobra cena. Tego nie powstrzyma nikt. Ja uważam, że trzeba wychowywać restauratorów, trzeba im pomagać, trzeba założyć taką szkołę, jaką ja właśnie zakładam dlatego, że tego nie ma. Przecież fajnie byłoby mieć gdzie jeść.

Od wielu już lat łączy Pani bycie celebrytką, osobą medialną, z byciem businesswoman. Czy to jest trudne?

To faktycznie nie jest łatwe. Prawdopodobnie jest to najtrudniejsza część tego wszystkiego. Prowadząc restaurację, trzeba być na miejscu, żeby sprawdzać pewne rzeczy, tymczasem ma się również inne obowiązki. Łączenie tego jest naprawdę bardzo trudne.

A czy znane, choć kontrowersyjne nazwisko bardziej pani pomaga, czy przeszkadza?

Mówiąc o kontrowersjach ma pani na myśli Adama Gesslera?

Tak.

Mnie się wydaje, że w tej chwili to już nie ma znaczenia. Ludzie to bardzo dobrze rozdzielają. Adam Gessler to bardzo nieciekawa postać. Jednak ja robię swoje, nie odwracam się za siebie, nie patrzę na innych, podążam własną ścieżką. Teraz otwieram klasę gastronomiczną w Słupsku. To jest mój sposób dotarcia do młodzieży, która mnie lubi i ubóstwia, a ja chcę im pomóc znaleźć tę pracę, o której marzą, a której potrzebują też restauratorzy. Bo w Polsce brakuje dobrych kelnerów, pomocy kuchennych, kucharzy. Młodzi zaś nie mają od kogo się uczyć.

Czy trudno prowadzi się biznes w Polsce?

Dramatycznie. Mówię zupełnie szczerze. Jest to bardzo trudne zadanie, można byłoby zrobić katalog grzechów głównych, które może popełnić restaurator, a które skazują go na utratę restauracji i własnych środków. Jest parę takich rzeczy, z których ludzie nie zdają sobie sprawy, a które pozwalają na zlikwidowanie kogoś wraz z jego biznesem w 5 minut. Dlatego dobrze by było, żeby ludzie, szczególnie zakładający spółki, które są bardzo niebezpieczne, zwłaszcza spółki cywilne, czy nawet z ograniczoną odpowiedzialnością, żeby wiedzieli, na co są narażeni, bo często nie mają zielonego pojęcia. Łącznie ze mną. Ja już tyle lat prowadzę biznes w postaci restauracji, a cały czas jestem zaskakiwana, czasami w bardzo niemiły sposób.

Czy tego biznesowego aspektu prowadzenia restauracji również będzie pani uczyła w swojej szkole?

Myślę, że tak. W tej chwili przygotowuję się, kończę korespondencyjne kursy i prawnicze, i księgowe, właśnie dlatego, żeby takie rzeczy się więcej nie działy

Obecnie w prowadzeniu restauracji pomaga pani córka. Czy trudno prowadzi się taki biznes z tak bliskim członkiem rodziny? Pojawiają się jakieś zgrzyty?

Moja córka nie pomaga, tylko jest udziałowcem. Zgrzytów nie ma, bo to jest kwestia kultury osobistej, demokracji, wzajemnego szacunku. Kiedy ma się wspólną filozofię i pracowało się nad tym, kiedy dzieci się wychowywało, wpajało się im etykę i moralność, to później nie ma takich problemów. Poza tym trzeba kochać własne dzieci, nie rywalizować z nimi.

Pani córka Lara budzi duże zainteresowanie mediów. Czy ona również jest zainteresowana tym światem, czy chce być celebrytką?

Nie wydaje mi się. Ona dostaje bardzo dużo propozycji udziału w rożnych audycjach, ale bardzo koncentruje się na restauracjach, które prowadzi. A na media przyjdzie czas, to się samo stanie, ona nie musi się o to starać.

Co pani daje współpraca z córką?

Dużo się od niej uczę. Mądrości, powściągliwości, opanowania. Ona była też w Stanach Zjednoczonych na dużym kursie cukierniczym, przez rok pracowała w Londynie jako zastępca szefa cukierni w dużej, dwugwiazdkowej restauracji. Dlatego ja chciałabym, żeby ona więcej zajmowała się tworzeniem jedzenia, a mniej menadżerowaniem. Tym się z kolei bardziej zajmuje mój syn, który jest jednym z wybitnych ludzi wiedzy o kuchni w Warszawie. Otworzył Aioli z Maćkiem Żakowskim, był odpowiedzialny za stworzenie kuchni i wnętrza. Zrobił to fantastycznie i jest to wielki znawca tego tematu.

Syn jest jednak mniej rozpoznawalny w mediach niż córka.

Zgadza się, on ma inne nazwisko, nie chce brać udziału we wszystkich sprawkach Gesslerów. Całe szczęście zaczyna sam, na własne konto i jak na razie udaje mu się to fantastycznie.

Czy pani zdaniem afera związana z podsłuchami w kilku dobrych, warszawskich restauracjach, wpłynęła na opinię restauratorów w ogóle?

Ja tego nie zauważyłam, ponieważ ja mam restaurację w miejscu turystycznym na Rynku Starego Miasta. Do mnie przychodzą głównie cudzoziemcy. Trochę inaczej jest w AleGlorii, która jest bardzo blisko Sejmu - mamy tam stały, codzienny serwis.

A nie miała pani takich obaw, że coś takiego mogło zdarzyć się również w pani restauracji?

Przede wszystkim trzeba myśleć wcześniej i zapobiegać takim rzeczom. Trzeba myśleć, kogo się ma na sali, trzeba śledzić politykę tego kraju, żeby wiedzieć, kogo z kim nie sadzać. Generalnie restaurator to trudny zawód.

A jak oceniła pani aferę z Modestem Amaro, który ponoć odmówił stolika ówczesnemu prezydentowi, Bronisławowi Komorowskiemu, ponieważ miał zarezerwowane wszystkie miejsca?

Ja bardzo go za to cenię, że ma własne zdanie i ma swoje poczucie własnej wartości. Ja miałam to szczęście, że kiedy rządziła Hanna Suchocka, Geremek, generalnie rząd Unii Wolności, byli to moi przyjaciele, przyjaciele mojego domu i mojej restauracji. Na szczęście nie miałam takiego zapytania o stolik dla prezydenta, ale gdyby się pojawiło, to sądzę, że nie odmówiłabym. Moja restauracja jest większa i pomieści wszystkie ugrupowania. Nikomu nie odmówiłabym mojej gościnności, bo po to w końcu my restauratorzy jesteśmy.