Anna Sobańda: Czy zdarzyło się pani odmówić rozmowy z gościem zaproszonym do "Dzień Dobry TVN"?

Kinga Rusin: Nie. Zdarzyło się to dwóm moim współprowadzącym, a ja nie przypominam sobie żadnej odmowy. Może miałam to szczęście, że nie został zaproszony podczas moich dyżurów nikt, z kim nie chciałabym rozmawiać.

A wyobraża sobie pani taką sytuację? Jest to trochę pytanie o to, czy każdemu powinno się udzielać głosu na wizji

Wyobrażam sobie, że mogłabym odmówić przeprowadzenia wywiadu z kimś, co do kogo miałabym podejrzenia, że mógłby np. w jego trakcie namawiać do naruszania prawa, konstytucji lub propagować terroryzm.

Czy rozmówcy można zadać każde pytanie? Czy jest jakaś granica dziennikarskiej dociekliwości?

Dziennikarz ma dążyć do prawdy. Wyznaczenie granicy dziennikarskiej dociekliwości jest trudne i zależy od sytuacji. To dyskusja, która trwa od setek lat i można o tym napisać tomy. Czy można ujawnić prawdę bez oglądania się na konsekwencje ujawnienia np. narażając kogoś na fizyczne niebezpieczeństwo? Czy można zdobywać informacje w sposób bezwzględny, nieempatyczny, gdy w grę wchodzi dobro społeczne? Takich pytań jest wiele. To temat, którego tu nie omówimy.

Gdzie są Pani zdaniem granice wolności słowa?

Wolność słowa kończy się tu, gdzie zaczyna się krzywda drugiego człowieka i naruszenie prawa. Oczywiście, problem jest złożony, szczegółowe granice wyznacza orzecznictwo sądowe. Na pewno przekroczeniem granicy jest wskazywanie ludzi innych z urodzenia jako gorszych czy groźnych dla społeczeństwa. Wskazówką dla nas powinny być uniwersalne wartości opisane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ z 1946r.

Czy jako społeczeństwo mamy problem z określaniem granic wolności słowa?

Mamy dlatego, że ci, którzy powinni je respektować, nieustannie je przesuwają albo burzą. Mam tu na myśli polityków.

Wcześniej w ramach swojej aktywności angażowała się Pani głównie w tematy ekologii i ochrony środowiska. Inicjatywa Biało Czerwone Serca rozszerzyła to również na problematykę obywatelską. Co było motorem napędowym tego ruchu?

Dyskusja, która rozgorzała na temat tego, gdzie jest dobro, a gdzie zło i potrzeba ludzi do jednoczenia się wokół idei uniwersalnych. Jeśli przyjmiemy, że uniwersalne wartości, których warto bronić, zostały ujęte w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych, to trzeba o tym głośno mówić. Jedną z takich uniwersalnych zasad jest niedyskryminowanie ludzi innych z urodzenia. Nie można poniżać i wykluczać ze społeczeństwa tylko dlatego, że ktoś ma inny kolor skóry, narodowość czy orientację seksualną. O tym mówi m.in.także Kodeks Etyczny i Karta Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Każdy zawodnik, który chce wziąć udział w Olimpiadzie musi podpisać w zgłoszeniu, że te zasady go obowiązują.

Społeczność Biało Czerwone Serca odnosi się do symboliki patriotycznej. Czy to sprzeciw wobec zawłaszczenia jej przez jedną stronę sceny politycznej?

Biało-czerwona flaga to barwy nas wszystkich, Polaków. Biało Czerwone Serca to społeczność patriotów. Oddanie, szacunek dla ojczyzny, to oddanie i szacunek dla innych Polaków, niezależnie od tego jacy się urodzili, prawo czy leworęczni, hetero czy homoseksualni. Silni Polacy to Ci, którzy ujmują się za słabszymi, dyskryminowanymi, a nie ci co wytykają mniejszości palcami, biją, lżą i każą siedzieć w domach.

Zawsze była pani taką aktywistką społeczną?

Kiedy jest się samotną matką i ma się na głowie tylko dzieci, to troska o innych ludzi schodzi nieco na drugi plan. Ale kiedy moje córki zaczęły się usamodzielniać, wróciły do mnie myśli, że trzeba robić coś dla innych, dawać upust swoim społecznym instynktom. Obydwoje z Markiem (adwokat Marek Kujawa, partner Kingi Rusin - red.) mamy taki sam pogląd na świat i działalność społeczną. Uważamy że nie wolno milczeć, kiedy deptane są wartości.

Czy ten ruch jest drogą ku polityce?

Absolutnie nie. Jestem jak najdalej od tego. Jestem dziennikarzem i zajmowanie się kwestiami dobra społecznego traktuję jako obowiązek. Naszą wiarę w sens działania podtrzymują m.in. fantastyczni działacze społeczni, których poznałam współpracując z kilkoma organizacjami zajmującymi się ochroną środowiska. To są niesamowici, inspirujący ludzie. Potrzebowali mnie dlatego, że są skromni i cisi, przez co nikt ich nie słyszał. Współpraca z nimi to czysta przyjemność i dobra energia.

W Sejmie walczyła pani z pomysłami Jana Szyszki, który ostatecznie stracił posadę ministra środowiska. Czy po jego odejściu nasza przyroda jest w choć trochę lepszych rękach?

Niestety nie. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. To jest jedna wielka „ściema”. Niestety, dla partykularnych interesików maleńkiej grupy niszczy się w bezpardonowy sposób polskie dziedzictwo przyrodnicze. Wycina na potęgę drzewa nie zważając nawet na okresy lęgowe ptaków czy ochronę gatunkową albo prawną (parki narodowe) czy zwykły zdrowy rozsądek. Nieustająco zwiększa się plany tzw. kwoty wycinek, choć naukowcy alarmują że doprowadzi to do katastrofy. Ministerstwo Środowiska nawet nie kryje się z tym, że reprezentuje interesy myśliwych i próbuje bez przerwy zmieniać pod nich prawo łowieckie. Pozwala się na przywóz do Polski coraz większej ilości toksycznych odpadów z całego świata, nawet z Nigerii!, które najczęściej są później podpalane. A wersja oficjalna to samoistne zapalenie. W wakacje wprowadzono po cichu prawo zachęcające do powstawania bardzo toksycznych dla ludzi i środowiska składowisk śmieci, masowej hodowli zwierząt futerkowych czy niehumanitarnej hodowli zwierząt rzeźnych. Odebrane de facto ludziom prawo do protestów i kwestionowania związanych z tym decyzji administracyjnych. Osusza się bagna, reguluje rzeki, co doprowadza do nieustannego i groźnego w skutkach wysuszania terenów i obniżania poziomu wód gruntowych. Można by jeszcze niestety długo wymieniać...

Świadomość społeczna w tym zakresie się zwiększa?

Na szczęście tak. Widać to po burzliwych i bardzo zaangażowanych dyskusjach pod każdym postem na ten temat na moim Instagramie czy Facebooku. Ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę ze skali tej grandy i jej skutków dla nas wszystkich, w tym dla zdrowia.