Anna Sobańda: Stęsknił się pan za "Dzień Dobry TVN"?

Andrzej Sołtysik: Tak, bardzo (śmiech). Przerwy i zmiany w życiu są potrzebne, pozwalają docenić i ja czegoś takiego doznałem. Przez cały zeszły sezon co czwartek przyjeżdżałem do studia, by omawiać premiery filmowe, więc kontakt z "Dzień Dobry TVN" miałem. Byłem jednak tylko gościem, nie uczestniczyłem w tworzeniu całego programu. Natomiast prowadzenie to jest kompletnie inne zagadnienie. To jest duży okręt, a nie mała łódeczka i ja za tym okrętem tęskniłem bardzo.

Edward Miszczak w udzielonym mi wywiadzie, nazwał pana "znanym bumerangiem TVN-u". Czy to znaczy, że pana serce należy do tej stacji?

Bumerang TVN-u? A to dobre (śmiech) Tak, moje serce należy do tej stacji i zawsze należało. Co więcej, nawet jak pracowałem w radio, to moim dyrektorem też był Edward Miszczak, który pełnił wówczas rolę szefa RMF FM. Nie miałem więc innych dyrektorów. On przeszedł z radia do telewizji, a ja za nim. Tkwię w tej telewizji i jest nam razem dobrze. To jest jedna stacja, ale bardzo się rozwija, ma różne formaty. Przez 6 lat byłem też rzecznikiem TVN, co było funkcją administracyjną, trochę dyrektorską, bo miałem wówczas samochód służbowy (śmiech). Jestem więc związany z tą stacją i nie widzę powodu, żeby było inaczej. Żadnej innej propozycji nigdy nie rozważałem. W przyszłym roku będę obchodził 20-lecie pracy w TVN.
Ale z tym bumerangiem to rzeczywiście niezłe, niektórzy mogliby powiedzieć, że jestem znanym rezerwowym w TVN-ie. Kiedyś zastąpiłem Grzegorza Miecugowa w „Big Brotherze”, potem Huberta Urbańskiego w „Jestem jaki jestem”, a teraz Jarka Kuźniara w „Dzień Dobry TVN”.

Pana konikiem jest kino. Czy to znaczy, że w "Dzień Dobry TVN" częściej będzie o filmach?

Nie, nawet jakbym chciał, to mi nie pozwolą. Miszczak, wiedząc, że moją pasją jest piłka nożna, mówi zawsze tak: Nie chcę słyszeć nic na temat futbolu. Nawet jak ci się coś skojarzy, futbol w tym programie nie istnieje. Futbolu więc przemycać nie mogę, ale z filmem jest łatwiej, bo wielu z naszych gości to aktorzy, reżyserzy czy ludzie kina. Możemy pokazać polskie czy zagraniczne gwiazdy, możemy zapowiedzieć jakieś premiery kinowe, ale takiej tematyki stricte filmowej nie wolno poruszać, bo byśmy zabili tę kurę znoszącą złote jajka. Choć jak tak z panią rozmawiam, to zastanawiam się, czy jednak nie warto byłoby czegoś takiego zrobić.

A chciałby pan, żeby stacja TVN ściągnęła do siebie Grażynę Torbicką?

Moim zdaniem nie byłoby źle, bo Grażyna Torbicka to jest milion dolarów w świeżutkich i pachnących banknotach studolarowych, dlaczego nie przyjąć takiej wartości? My możemy jednak tylko spekulować, a wszystko rozgrywa się wyżej, pewnie gdzieś na linii Miszczak - Torbicka. Faktycznie jednak nie miałbym nic przeciwko temu, chętnie nawet przyjąłbym ją do naszego niedużego zespołu w TVN Fabuła. Nie bałbym się, że oto przychodzi wytrawna dziennikarka ze swoimi kontaktami, która może mi zabrać trochę mojego poletka. Uznałbym, że to wartość dodana, znaleźlibyśmy miejsce dla siebie, ponieważ jesteśmy różnymi osobami.

Jak skomentowałby pan list ministra Glińskiego krytykujący organizatorów festiwalu w Gdyni za to, że film "Historia Roja" nie zakwalifikował się do konkursu?

Poszedłem na „Historię Roja" do kina, obejrzałem i wiem, że nie jest to dobry film. Oczywiście on porusza bardzo ważny temat, ale jest to zmarnowana szansa na opowiedzenie innej historii, niż „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy. Poza tym, decyzja dyrektora artystycznego festiwalu nie może być podważana przez urzędnika, nawet wysokiej rangi. Na wysoki poziom artystyczny festiwalu wpływają decyzje osób kompetentnych. Kiedyś w Gdyni pokazywano wszystkie 16-18 filmów, nie było selekcji. Dziś, kiedy produkcji jest ok. 30, a nawet 50, zakładając różne metraże, trzeba zrobić selekcję do 15 tytułów. Ja do Gdyni jeżdżę regularnie od ponad 20 lat i mnie się ta selekcja podoba.

A jak ocenia pan fakt, iż decyzją dyrektora na festiwalu w Gdyni zostanie pokazany film „Smoleńsk”?

Ten film zostanie pokazany poza konkursem i na otwarcie festiwalu. Moim zdaniem, otwarcie jest genialnym momentem, żeby pokazać „Smoleńsk”. Jest to święto polskiego kina i musimy celebrować takie wydarzenie. A „Smoleńsk”, ze względu na ważkość tematu, a nie na jakość filmu, bo tej jeszcze nie znamy, jest bardzo dobrym wyborem zarówno z punktu widzenia tego filmu, jak i festiwalu. Otwarcie jest prestiżowe, a jednocześnie film jest pokazany poza konkursem, więc nie ma tej dyskusji na tematy wyborów artystycznych.

Na jakie filmowe premiery tej jesieni czeka pan najbardziej?

Boję się „Wołynia”, ponieważ to film o rzezi, który robi Smarzowski. Moje zmysły na kino są wyczulone i wrażliwe, dlatego obawiam się, że będzie zbyt drastycznie, tak jak w „Domu złym” i „Róży”, gdzie moim zdaniem niektóre sceny były zbyt mocne. Boję się więc, ale czekam na ten film.

Coraz bardziej czekam też na film „Ostatnia rodzina”. Znałem osobiście Tomka Beksińskiego, w końcu to kolega radiowiec, który fenomenalnie znał się na Bondach i Monty Pythonie. Jestem więc bardzo ciekaw tego filmu, ale pojawiają się też obawy, że może to nie będzie taki genialne kino, jakiego bym oczekiwał. Muszę więc poskromić swoje apetyty.