Anna Sobańda: Pierwsze lata pani dzieciństwa przypadają na czas niemieckiej okupacji. Czy pamięta pani Warszawę z tamtego okresu?

Pamiętam, choć miałam wówczas 4 lata. Mieliśmy dom na Starym Mieście, przy Krzywym Kole. W czasie powstania mieścił się tam szpital powstańczy. Gasiliśmy różne ogniste kule rzucane z drugiej strony Wisły, które miały podpalać nasze domy. Pamiętam, jak gestapo robiło obławy i łapanki. Pamiętam dwie budy z żołnierzami gestapo, jedna stała pod dzisiejszym Bazyliszkiem, druga pod Fukierem i szli takim trójkątem, mama trzymała mnie za rękę i biegła tak szybko, że przebierałam nóżkami w powietrzu. Nie wypuściłam jednak wózka dla lalek, bo to był mój skarb. Takie rzeczy się pamięta.

Widziała pani swój rodzinny dom zaraz po wojnie?

Nasz dom, tak jak i cała starówka został doszczętnie zniszczony. Nie oglądaliśmy jednak tego, mama nigdy mnie tam nie zabrała. A kiedy wróciłam do Warszawy, Stare Miasto było już odbudowane.

Wróciła pani do Warszawy na studia, czyli pod koniec lat 50. Jak pani wspomina tamten czas?

Warszawa była wówczas bardzo trudnym miastem. Hasło „cały naród buduje swoją stolicę” było w pełni prawdziwe. Mimo iż, w niektórych dzielnicach nie został kamień na kamieniu, warszawiacy byli tak do nich przywiązani, że zaczęli powracać. Odgruzowywali, reperowali, a niekiedy tylko wzmacniali ruiny tak, by stały się domem. W ten sposób powstały te małe uliczki, na które dziś wszyscy narzekają.
Pamiętam wyburzanie olbrzymiego terenu pod Pałac Kultury. Później powrastała dosyć brzydka Marszałkowska.

Nie lubi pani Pałacu Kultury?

Z czasem do niego przywykłam, choć z początku bardzo mnie raził, gdyż był przykładem typowo moskiewskiej architektury. To jest tak bardzo solidnie wykonane i tak drogo nas kosztowało, że co z tym zrobić? Można obsadzić dzikim winem, żeby obrosło na zielono.

Które miejsca w Warszawie kojarzą się pani najbardziej sentymentalnie?

Lubię okolice Starego Miasta, gdzie był mój dom rodzinny. Później mieszkałam z mamą na Placu Zamkowym. Pamiętam, jak z naszych okien na Krzywym Kole było widać kry płynące Wisłą. Tęsknię za takim widokiem, to było coś niesamowitego.

A czy są miejsca, których pani nie lubi?

Tak, są takie ulice, które jak tylko mogę, to omijam szerokim łukiem. To na przykład okolice ulicy Żelaznej. Wolę jeździć Miodową. Choć nie podoba mi się, że na rogu Miodowej i Senatorskiej, na miejscu parkingu powstał bardzo nowoczesny budynek. Ta nowoczesność razi, gdyż wszystko dookoła niego jest jak z obrazów Canaletta.

Co panią w dzisiejszej Warszawie denerwuje?

Wykładanie chodników granitowymi kostkami. Wymyślili to chyba mężczyźni, bo kobiety w obcasach nie mogą w ogóle przejść Marszałkowską. Drażni mnie też, że jak tylko gdzieś położą porządny chodnik, to za kilka dni go rozkopują, bo czegoś zapomnieli tam dodać. Bardzo to niegospodarne, moim zdaniem nie stać nas na tandetę.

Jak podoba się pani panujący obecnie trend wznoszenia w Warszawie kolejnych pomników?

Jak ktoś ma obłęd pomnikowy, niech je stawia. Pozostawić pomnik to jednak nie sztuka, on powinien jeszcze nie szpecić, a ładny pomnik to bardzo trudne przedsięwzięcie. Ja widziałam ogromną ilość naprawdę obrzydliwych pomników Jana Pawła II. Podoba mi się za to pomnik prymasa Wyszyńskiego, ale bardzo nieładny jest pomnik Bolesława Prusa. Chociaż to moje subiektywne odczucia, gołębiom na przykład Prus bardzo się podoba.

Czy podobnie jak wielu rodowitych warszawiaków, pomstuje pani na tak zwane „słoiki”?

Absolutnie nie. W każdym państwie, nie tylko europejskim, ludzie ciągną do stolicy, gdzie jest łatwiej o pracę. To jest więc zupełnie zrozumiałe. Tu się uczą, pracują, rodzina ich wspiera. Miałabym na nich pomstować tylko dlatego, że przywożą sobie słoiczki pełne smakołyków od mamy?

Czy Warszawa jest dziś miastem wygodnym do życia?

Myślę, że tak. Szkoda tylko, że jak podpisywali kontrakty na sprzedaż luksusowych samochodów, których w Warszawie jest pełno, to małym druczkiem nie napisali, że ta firma, która sprzedaje tu samochody, musi raz na 10 lat wybudować jeden parking. W tym mieście nie ma miejsc do parkowania. Ono się dusi. Mam znajomego, który mieszka w centrum Warszawy i jak uda mu się znaleźć miejsce parkingowe pod domem, to nie rusza samochodu, bo boi się, że ktoś mu je zajmie. To się staje absurdalne.

Może rozwiązaniem jest nowy pomysł władz, by zwiększyć opłaty w parkometrach?

Nie, to nie zmieni sytuacji. Tak jak podnoszenie cen papierosów nie spowoduje, że ci co palą, przestaną palić. To tak nie działa.

Czy pani kiedykolwiek rozważała wyprowadzenie się z Warszawy?

Nie, nigdy nie chciałam mieszkać za granicą, nie myślałam o opuszczeniu Warszawy. Wszystko to, co tu się dzieje, jest dla mnie interesujące, a to co dzieje się w innych miastach, nie interesuje mnie zupełnie. Każde zasadzone drzewo w Warszawie mnie interesuje, podobnie jak każde ścięte drzewo. Jak mogłabym stąd wyjechać?