W felietonie opublikowanym na łamach "Gali", Stan Borys opisuje wspomnienia z dzieciństwa. Okazuje się, że jako chłopiec dorastał w ubóstwie:

Zupki jarzynowe, czy inne skomplikowane, jak mi się wtedy wydawało, potrawy nauczyłem się jeść z czasem. Kotleta schabowego pierwszy raz zjadłem, mając 14 lat. Nie było czegoś takiego, jak śniadanie, obiad i kolacja.

Jak pisze Borys, po wojnie ludzie doceniali najprostsze nawet posiłki:

Jadło się to co było, a było mało. W piecyku czekały przypieczone ziemniaki, do nich zsiadłe mleko. Jak ojciec piekł chleb, to była cała ceremonia. Wszyscy czekaliśmy, aż urośnie w dzieży, pod pierzyną. Potem dzieliło się ciasto na bochenki, a na wypieczonym robiło się znak krzyża i dziękowało Bogu.

I choć brakowało zabawek i luksusów, które dla dzisiejszych dzieci są czymś zupełnie normalnym, Stan Borys wspomina, że jego pasją była muzyka:

Na szczęście miałem instrumenty: akordeon i organki. W domu od rana rozbrzmiewały pieśni religijne, głównie śpiewał ojciec. Miałem może 10 lat, kiedy w ludowym domu kultury tata zagrał w spektaklu "Krakowiacy i górale". Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. ojciec często zabierał mnie w pole zobaczyć, jak rośnie zboże. Mówił mi wtedy, że taki głos jak on będę miał dopiero, gdy będę dorosłym i silnym mężczyzną. I że w nim będzie moja moc.