>>> PO rośnie, Kwaśniewskiej spada

Reklama

Sytuacja z rozbieżnościami między poszczególnymi sondażami politycznymi przypomina mi pytanie o ilość produkowanych bomb, które zostało zadanie w skeczu Bogusiowi Smoleniowi przebranemu za kobietę. Pani Pelagia odpowiedziała wtedy pytaniem: "A dla kogo jest ten wywiad?"

Myślę, że ta sytuacja jest bardzo podobna. Jednego dnia w różnych mediach możemy znaleźć szereg sondaży dotyczących poparcia dla poszczególnych partii. Z każdego z nich płyną jednak inne wnioski. W jednym okaże się, że poparcie skoczyło o 5 punktów procentowych, a w innym, że znacznie spadło.

Ogólnie rzecz biorąc, słupki poparcia dla poszczególnych partii wyglądają tak: dla PO - ok. 50 proc. poparcia, dla PiS - ok. 25 proc., dalej są lewarki - 10 proc., a następnie PSL, "Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo", czyli wszystkie modlitwy świata - 5 proc. Wahania od tych wartości można obserwować tylko w zależności od tego, kto zlecił badanie i jakiemu ośrodkowi badawczemu.

Od jakiegoś roku dworuję sobie z polityków, którzy każdego dnia, kiedy otworzę oczy, każą mi wyobrażać sobie, że jest dzień wyborów. Tak jakbyśmy nie mieli ważniejszych rzeczy na głowie. Widzę to tasowanie procentami przez panów od PR jako przebieranie nóziami. Przebierają oni nimi z niecierpliwości przed tak odległymi jeszcze wyborami.

Już dawno nie czułem tak wielkiej ulgi jak ostatnio po zakończeniu wyborów do europarlamentu. Niestety, to uczucie nie trwało długo, bowiem następnego dnia dowiedziałem się, co czekałoby Donalda Tuska w siódmej rundzie wyborów, gdyby wzięła w nich udział Jolanta Kwaśniewska.

Chciałbym zatem zaapelować o zaprzestanie bombardowania nas każdego dnia sondażami, ponieważ wybory są dopiero za rok i potrzebna nam chwila wytchnienia.