Anna Sobańda: Zmienia pani partnerów ekranowych jak rękawiczki. Taka pani wymagająca?

Anna Kalczyńska: Absolutnie nie, chociaż wiedziałam, że pójdzie fama, że Kalczyńska jest trudna we współpracy skoro co roku ma innego partnera (śmiech) Podkreślam jednak, że to nie są moje decyzje, tylko decyzje szefów programowych oraz wynik różnych kontraktowych sytuacji. Ja nie mam na to wpływu, nikt mi niczego nie sugeruje. Dostałam w prezencie Andrzeja Sołtyska z którym mam nadzieję, stworzymy trwały duet.

Czy takie częste zmiany partnerów to korzystna sytuacja, czy też wręcz przeciwnie?

Myślę że to jest plus. Staram się optymistycznie patrzeć na zmiany i wyciągać z nich to, co najlepsze. Odstawiając ten banał na bok, myślę, że w przypadku Jarka Kuźniara, z którym pracowałam przez rok, to była cenna lekcja życia i dziennikarstwa. Miałam wrażenie, że dużą część tej pracy wzięłam na siebie.

Dlaczego?

Widziałam, że Jarek niespecjalnie odnajdywał się w tej formule, więc to ja musiałam przejmować pałeczkę. Z drugiej strony Jarek miał specyficzne poczucie humoru, co było fajne, bo mobilizowało do tego, żeby szukać riposty. On był dużo bardziej kąśliwy, złośliwy, inny niż mój poprzedni partner, czyli Robert Kantereit. Teraz zaś dostaję partnera, który jest jeszcze inny, ma inne doświadczenia, jest starszy, inaczej konstruuje rozmowy. To wszystko wpływa na jego światopogląd. Każde doświadczenie uczy, wiem, że to banalne, ale taka jest prawda.

Z Jarosławem Kuźniarem funkcjonowaliście na zasadzie kontrastu, ścierania się, czy z Andrzejem Sołtysikiem będzie podobnie?

Nie, tu nie będzie żadnego starcia osobowości. Andrzej na pewno jest bardziej introwertyczny, ja zaś żywiołowa. W tym względzie jest między nami różnica, ale na niej się fajnie buduje, ponieważ ona daje przestrzeń. W przypadku duetu z Jarkiem byliśmy dwójką solistów i tam w niektórych momentach brakowało powietrza. Prześcigaliśmy się w tym, kto zada pytanie, nie szliśmy razem w jedną stronę, tylko uprawialiśmy swoisty ping pong. Nie chciałabym jednak demonizować Jarka, po prostu z Andrzejem jest więcej spokoju i taka pewność, że mogę się na nim oprzeć. Kiedy z głowy wyleci mi jakiś wątek, wiem, że Andrzej go podejmie. On ma za sobą setki rozmów, nie tak konfrontacyjnych jak Jarek w publicystyce, bardziej psychologizujących. Andrzej jest bardziej humanistą i tutaj się odnajdujemy, gdyż oboje jesteśmy ciekawi człowieka i prawd uniwersalnych. Sądzą, że będzie nam się razem dobrze pracowało.

Ma pani opinię konserwatystki w szeregach TVN. Czy ta łatka pani ciąży?

Raczej nie, ponieważ nie ma wielu konserwatystów w mediach. Ja się absolutnie tego nie wstydzę, że wierzę w rodzinę, wartości trwałe. Mam jasne poglądy w kwestii na przykład aborcji, co nie jest takie powszechne, nie boję się ich manifestować kiedy trzeba, ale też nie szermuję tym orężem jakoś specjalnie. Poza tym, czy konserwatystka nie może być nowoczesna, radosna, seksowna? Oczywiście, że może. Absolutnie więc mi to nie ciąży.

A czuje się pani z tego względu dyskryminowana w środowisku medialnym?

Nie spotkałam się z taką dyskryminacją. Może plotkują za moimi plecami, ale nikt mi tego w twarz nie powiedział. To jest show biznes, funkcjonuje w nim wiele plotek, ale ja nie czuję się dyskryminowana. Powierzono mi prowadzenie jednego z najfajniejszych programów w telewizji. Czy to jest dyskryminacja? Wręcz przeciwnie. Sądzę wręcz, że jedną z rzeczy, która wyróżniła mnie wśród innych dziennikarek i wpłynęła na to, że to ja dostałam ten program, był właśnie ten rys konserwatywny. Na tym można coś zbudować, można dobrać mi partnera, który będzie po tej drugiej stronie. Taki był pomysł z Jarkiem, choć w tym przypadku akurat zaiskrzyło za bardzo. Z Robertem Kantereitem czy Andrzejem Sołtysikiem dogaduję się zaś świetnie. Mam też wiele fajnych znajomości w świecie show biznesu, znam i lubię się zarówno z gejami, jak i dziewczynami, które w przeciwieństwie do mnie, nie opowiadają się po stronie wartości typowo rodzinnych. Można się więc różnić i jednocześnie przyjaźnić.

W "Dzień Dobry TVN" poruszacie bardzo różne tematy. Czy są takie, przy których czuje się pani niekomfortowo?

Chyba nie. Poruszaliśmy już tematy od fizjologicznych, po polityczne, kulturowe, czy bardzo uniwersalne. Trzeba po prostu dopasować się do tego, czego oczekują nasi widzowie. Tematy bardziej fizjologiczne, jak choroby czy na przykład waginoplastyka, to zagadnienia, które mogą niektórych krępować, czy wręcz oburzać. Ale to są tabu, które przełamujemy. Nie ma innych miejsc, gdzie można byłoby o nich porozmawiać, więc nie są to tematy, od których uciekam.

Część swoich tegorocznych wakacji spędziła pani z rodziną nad polskim morzem. Czy przyłącza się pani do powszechnego narzekania na Kiepskich, którzy za pieniądze z 500+ pojechali nad morze, gdzie zachowywali się chamsko i niegrzecznie?

Zacznijmy od tego, że ja nie mam przekonania, że to są rodziny 500+. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy to efekt tych dodatkowych pieniędzy, które zalewają nam wybrzeże i powodują, że mamy do czynienia z przejawami chamstwa. Faktem jednak jest, że trzeba popracować nad zachowaniem niektórych naszych rodaków. Ja się wielokrotnie spotykałam z postawami nie do zaakceptowania. W restauracjach, gdzie ludzie nie pilnują swoich dzieci, nie mają nad nimi kontroli i w ogóle nie poczuwają się do niej. Traktują obcesowo obsługę, zwracając się do niej nieuprzejmie. Używają strasznego słownictwa przy dzieciach. Są po prostu niegrzeczni, chamscy. Znajomi restauratorzy opowiadali mi, że przychodzą Polacy do lokalu, proszą o wrzątek i zalewają własne torebki z herbatą, albo zajadają swoje kanapki. Takie zachowania się zdarzają i to trzeba piętnować. Jestem za tym, żeby uczyć ludzi minimum dobrego zachowania. Nie wiem, czy to jest typowo polskie, czy to jest efekt 500+, ale rzeczywiście nastąpiło takie przekonanie wśród niektórych turystów, że skoro płacę, to wymagam i nikt nie ma prawa rozliczać mnie z mojego zachowania. Mnie to osobiście boli i chciałabym, żeby savoir vivre w miejscach publicznych wyglądał inaczej. Jednak, czy w tym roku wygląda to gorzej niż w latach poprzednich, tego nie wiem.

Ma pani wrażenia, że każda krytyka kierowana pod adresem naszego społeczeństwa, nawet ta zasłużona, spotyka się z agresją?

Ma pani rację, każda dyskusja na temat naszych wad zamienia się w wojnę. Prawica okopała się na pozycji, że w ogóle nie wolno dotykać tematów, które w jakikolwiek sposób uderzają w nas Polaków, a jeśli już ktoś to robi, uważany jest za wroga narodu. To jest absurd. Z drugiej strony lewica lubuje się w wytykaniu naszych przywar. Ja bym zalecała trochę więcej spokoju. Przyjrzyjmy się sobie krytycznie, bo naprawdę mamy nad czym pracować. Nie jesteśmy aniołami. Myślę, że jesteśmy społeczeństwem między wschodem, a zachodem, mamy sporo lekcji do odrobienia. Już jest dużo lepiej, na pewno się cywilizujemy i nie mamy powodów do kompleksów. Powinniśmy jednak dążyć do lepszego, uczyć się na przykładzie osób, które zachowują się lepiej od nas. Dostrzeganie własnych błędów jest jedyną drogą do samodoskonalenia.