Anna Sobańda: Czy trudno było panu przestawić się z dziennikarstwa informacyjnego, na telewizję śniadaniową?

Piotr Kraśko: Sam jestem zaskoczony tym, jak fantastyczne to jest doświadczenie. Zawsze uważałem, że telewizja nie dzieli się na ważną i niepoważną, a na dobrze i źle zrobioną. Może być fatalnie zrobiony, bezwartościowy program publicystyczny i może być świetna telewizja poranna. W "Dzień Dobry TVN" rozmawialiśmy o zamachu w Monachium, o Polakach walczących w Iraku i Afganistanie i lekarzach ratujących im życie. Rozmawialiśmy też o tym, gdzie nasze dzieci mogą jechać na wakacje i o sześciolatkach w pierwszych klasach. Rozmawiamy więc dokładnie o tym, z czego składa się życie, a to nie jest tylko polityka. Ponadto częściej niż w "Dzień Dobry TVN" pracuję w "Faktach z za granicy" w TVN24 BiS. To połączenie jest dla mnie wspaniałe.

Gdyby propozycja TVN dotyczyła tylko programu śniadaniowego, zdecydowałby się pan na nią?

Myślę, że tak, ale pomysł pracy przy obu formatach pojawił się prawie na samym początku naszych rozmów i od razu mi się spodobał. "Dzień Dobry TVN" jest dla mnie nieustającym wyzwaniem. To jednak zupełnie inny program, niż te, w których pracowałem przez ostatnie lata. Pracuję ze świetnym zespołem wydawców, reporterów, researcherów, operatorów, realizatorów – to rewelacyjna ekipa, a do tego jeszcze Kinga Rusin z którą znamy się prawie całe życie. Tworzenie duetu w telewizji, a mówię to po 25 latach pracy, jest jednym z najtrudniejszych zadań przed jakimi można stanąć, a trafić na swoją zawodową drugą połówkę, to już niesamowite szczęście i chyba nie każdemu jest dane. Wstając o 6.30 rano i idąc do pracy naprawdę się uśmiecham.

Ostatnio pisano jednak, że zdarzają wam się z Kingą kłótnie poza kamerami?

Ależ oczywiście, ale to jest właśnie genialne. Zdarza nam się kłócić jeszcze bardziej, kiedy się spotykamy prywatnie, co nie zmienia faktu, że spotykamy się niemal codziennie. Przez 30 lat naszej znajomości były setki tematów, o które się spieraliśmy.

Wróćmy do pana zmiany miejsca pracy. Pojawiło się wiele głosów, że dla dziennikarza newsowego, przejście do telewizji śniadaniowej to krok wstecz. Jak pan reagował na takie komentarze?

Po pierwsze "wiele" takich głosów do mnie nie docierało. Po drugie znam parę programów informacyjnych, które są mniej wartościowe od dobrze robionej telewizji porannej. Życie jest pełne niespodzianek. Gdyby pani zapytała mnie rok temu, czy widzę siebie w takim miejscu, pewnie odpowiedziałbym, że nie, a dziś jestem zachwycony. Co więcej mówię o tym, dobrze wspominając TVP. Tym bardziej sam jestem zaskoczony, że jestem pod aż takim wrażeniem TVN, bo różnica naprawdę jest gigantyczna.

Jak ocenia pan obecną kondycję "Wiadomości"?

Muszę przyznać, że przez ostatnie pół roku widziałem Wiadomości może 2 – 3 razy. Świat telewizji to dla mnie teraz TVN, CNN i BBC, które są cały czas włączone w redakcji TVN24BiS. To jest niesamowite, że dołączyłem do "Faktów z Zagranicy" w momencie, w którym tak ważne rzeczy dzieją się na świecie. Niezwykłe jest też to, jak bardzo te wydarzenia interesują Polaków. Po raz pierwszy od dawna mamy chyba wszyscy poczucie, że to co dzieje się obok nas ma jednak ogromny wpływ też na nasze życie.

Ale zapewne docierają do pana opinie na temat obecnych "Wiadomości". W kwietniu KRRiT skrytykowała ten serwis za nieprzestrzeganie sztandaru pluralizmu, bezstronności i niezależności. Co pan myśli, słuchając takich ocen na temat programu, któremu jeszcze niedawno pan szefował?

Że bardzo się cieszę pracując tu, gdzie pracuję. W pewnym momencie miałem takie poczucie, jakbym nie wyjeżdżał z miasta, w którym się urodziłem. Zacząłem przygodę w TVP na II roku studiów i pracowałem tam do 45 roku życia, a to naprawdę bardzo długo. Ta zmiana jest więc całkowicie naturalna, a to, że jest fantastyczna bardzo mnie cieszy. Powiedziałbym nawet, że to "bardzo dobra zmiana" (śmiech)

Z TVP odeszło wiele osób, które twierdziły, że wywierano na nie naciski polityczne. Czy za pana czasów zdarzały się takie sytuacje?

Przez 4 lata, kiedy byłem szefem Wiadomości, nigdy nikt nie próbował nic sugerować, nie mówiąc od wywieraniu nacisków, czy wydawaniu poleceń. Prezes Juliusz Braun nigdy nie wykonał takiego telefonu. Zwrócił się do nas dwukrotnie, raz z prośbą, byśmy zauważyli w "Wiadomościach" festiwal teatralny, a drugi raz w sprawie festiwalu literackiego. To były jedyne ingerencje prezesa w zawartość merytoryczną "Wiadomości" za czasów mojego szefowania. Oczywiście rozmawialiśmy wiele razy o finansach, naszych placówkach za granicą, technologii, czy samej strukturze programu, ale to nigdy nawet nie zbliżyło się do sugestii by o czymś nie mówić, mówić i jak to zrobić. Podobnie jest teraz w TVN. Oczekiwanie szefów jest takie: niech ten program odpowiada temu, jak ty widzisz świat, jak go rozumiesz, niech to będzie twoje, autorskie spojrzenie.

Czy pana zdaniem dziennikarstwo obiektywne jest w dzisiejszych czasach w ogóle możliwe?

Absolutnie tak. Proszę jednak zauważyć, że w USA to samo wydarzenie jest różnie relacjonowane przez FOX News i przez CNN. Mając określony sposób myślenia o polityce tego kraju, będzie pani miała wrażanie, że któraś z tych stacji jest nieobiektywna. Tymczasem dziennikarze obu z nich, starają się wykonywać swoją pracę najrzetelniej, jak mogą. Nie ma na nich żadnych rządowych nacisków. Mimo to, różnie relacjonują wydarzenia, różnie komentują, inaczej przygotowują swoje materiały i inna jest kolejność prezentowanych przez nich wydarzeń. Oczywiście odkładam na bok absolutną manipulację, która wynika z nacisków polityków, czy z chęci przypodobania się jakiejś partii, bo to jest w ogóle niedopuszczalne. Ale nawet w świecie bez telefonów z góry, zobaczy pani różne przedstawienie tej samej rzeczywistości przez dwie rzetelne i profesjonalne redakcje.

A czy dziennikarz powinien ujawniać swoje poglądy?

To ważne pytanie. Jest pewna granica, której nie powinno się przekraczać. Czym innym jest to, o czym mówiłem w TOK FM na temat kształtu uroczystości powstańczych 1 sierpnia, że naprawdę zaszczytem dla asysty wojskowej jest stanąć obok powstańców, a nie na odwrót. Nigdy jednak dziennikarz nie może jawnie popierać jakiejś partii politycznej, czy wskazywać, kto powinien być premierem, a kto prezydentem. Podstawą dziennikarstwa jest rzetelna informacja i podawanie faktów.

Panu zarzucano jednak nieprzychylność wobec PiS i sprzyjanie poprzedniemu rządowi.

Ja mogę na to odpowiedzieć tylko tak: Za czasów, gdy byłem szefem "Wiadomości", od 70 do 80% Polaków uważało, że są one serwisem godnym zaufania. Były najchętniej oglądanym programem informacyjnym o najlepszych wynikach wiarygodności i najwyższym poziomie zaufania. To jest coś, z czego jestem dumny i to jest moja odpowiedź na pytanie, czy myśmy sprzyjali jakiejś opcji politycznej.

Czy rozważał pan kiedyś porzucenie dziennikarstwa politycznego?

Jestem w stanie sobie to wyobrazić, ale przyznaję, że polityka jest czymś, co mnie naprawdę fascynuje i czym na co dzień żyję, dlatego robienie serwisu informacyjnego poświęconego wydarzeniom zagranicznym jest dla mnie absolutnie fantastyczną sprawą. Gdybym nad nim nie pracował, to i tak rozmawiałbym ze znajomymi o kampanii Clinton – Trump albo o Brexicie. Cudownie, kiedy nasza pasja jest naszą pracą.

Czy pana zdaniem Donald Trump wygra wybory w USA?

Wszystko jest możliwe. Podczas kampanii Obamy byłem w Stanach i wtedy czuło się, że wiatr wieje w żagle Obamie i McCain nie ma szans, choć sondaże twierdziły, że walka jest wyrównana.

Teraz musiałbym spędzić w Stanach kilka tygodni, pojeździć po małych miasteczkach, wioskach, żeby poczuć ten nastrój. Patrząc z daleka na to, co się dzieje powiedziałbym, że bardziej wiatr wieje w żagle Trumpowi. Choć zwycięstwo Clinton też jest możliwe, zwłaszcza jeśli Trump dalej będzie opowiadał tak straszne rzeczy i wzywał Rosję, by szukała haków na jego rywali. To jest w amerykańskiej polityce przekroczenie absolutnie wszystkich granic i dla wielu Amerykanów, nawet Republikanów jest coraz bardziej nie do zaakceptowania. W tej chwili to już nie jest partia Abrahama Lincolna. A co jeszcze ważniejsze, ci ludzie, którzy zawsze dawali ogromne pieniądze na kampanie Republikanów mówią, że nie dadzą Trumpowi ani jednego centa. Jakoś przetrwają te 4 lata z Clinton, znajdą lepszego kandydata na kolejne wybory, ale nie wyobrażają sobie Trumpa w Białym Domu. Wszystko jest możliwie, sam jestem bardzo ciekaw, jaki będzie wynik tych wyborów.