Poza miejscem akcji i zawodem bohaterki niewiele łączy ją z Wallanderem i Winterem. To plus. Minusem jest sama realizacja serii. Pozbawiona chłodnego klimatu z "Wintera" i zagadkowości oraz konstrukcji bohaterów "Wallandera".

Inspektor Irene Huss to czterdziestoletnia silna kobieta, z domem, mężem, dwiema córkami. Jej pasją jest judo. Jest doświadczoną policjantką zajmującą się trudnymi sprawami. W pierwszym odcinku szuka sprawców bestialskiego mordu: znaleziono wypatroszone ciało z odciętymi kończynami. Mało tego, w sprawę zostaje wplątana córka Huss. Sama kryminalna historia niespecjalnie wciąga. Irytują w niej zbyt dużo problemów oraz absurdalne decyzje policjantów. Na spotkaniu grupy operacyjnej Huss otrzymuje od szefowej zadanie... przekonania patolog do szybszego zbadania ciała. Ciekawsze niż intryga sensacyjna są relacje między bohaterami. Bardzo dobra jest grająca główną postać Angela Kovacs. Aktorka nie szarżuje, stara się grać gestami, spojrzeniem.

Co charakterystyczne i pozytywne dla wszystkich wspomnianych seriali, policjanci to nie są kulturyści i modelki. Nie ma pięknych twarzy z polskich seriali kryminalnych, których twórcy, może poza "Pitbullem", wpajają nam, że na komendach trzeba być umalowanym i pachnącym. Szwedzcy policjanci są szarzy i przeciętni, przez to bardziej im wierzymy. Nawet jeżeli nie wszystkie części serialowej składanki są idealne jak w przypadku "Inspektor Irene Huss".

INSPEKTOR IRENE HUSS | Ale kino! | niedziela, godz. 20.10