Dwa tygodnie temu Hanna Lis opublikowała post, w którym krytykuje polityków PiS i Kukiz15 za podejmowanie kolejnych prób ograniczenia dostępności metody in vitro.

Reklama

Wypowiedź dziennikarki sprawiła, że wiele kobiet zaczęło opisywać jej swoje historie i problemy z zajściem w ciąże. Okazało się, że przyczyną wielu z nich jest endometrioza, z którą Lis zmagała się przez wiele lat:

Ja miałam oczywiste symptomy odkąd skończyłam 16 lat, ale lekarze koncertowo je bagatelizowali. Bywało, że „leczyli” zastrzykami z opioidów, żebym mogła przetrwać „te dni”. Wybitny ginekolog nie zareagował, gdy kolejna, ciąża, okazała się nierówną walką z własnym organizmem. Dopiero, gdy po drugim cesarskim cięciu pojawiły się, trzymając sie terminologii lekarskiej, „zmiany lite”, ktoś wreszcie wpadł na to, ze to może być endometrioza. I dalej nic. „Nie będziemy oszpecać pięknego brzuszka, to nic groźnego”, powiedział lekarz zapytany, czy nie można tego po prostu wyciąć. Wiec męczyłam się przez kolejnych kilka lat. Ból rano, ból wieczorem, ból w nocy.

Dziennikarka dodaje, że choć w jej przypadku lekarze bagatelizowali objawy, to w końcu podjęto odpowiednią interwencję. Hanna Lis cieszy się także, że choroba, która wielu kobietom odbiera szanse na macierzyństwo, jej pozwoliła cieszyć się z bycia matką:

Kiedy wreszcie wzięto mnie na stół, było już za późno na laparoskopię. Operacja, w pełnej narkozie, trwała blisko 3 godziny. A rekonwalescencja po niej 2 miesiące. Bo ktoś kiedyś pokpił sprawę. Dziś jestem zdrowa. Od 10 lat żyje bez bólu. Miałam też fenomenalne szczęście, ze choroba nie odebrała mi szansy na macierzyństwo.