Anna Sobańda: Często jest pani obsadzana w rolach silnych kobiet z bardzo wyrazistymi charakterami. Czy tak postrzega pani siebie również prywatnie?

Danuta Stenka: To jest bardzo ciekawe pytanie. Uważam, że ten zawód to jeden z największych prezentów, jaki dostałam w życiu. Abstrahując od faktu, że miałam szansę tyle w nim zrobić jako aktorka - co wcale nie jest oczywiste, bo chlebem powszednim w tym fachu jest raczej brak propozycji - odbyłam dzięki niemu niezwykle ważną podróż jako człowiek. Między innymi, na pewnym etapie mojej drogi zawodowej dowiedziałam się również, że jestem silna.

Kiedy to pani odkryła?

To nie była iluminacja, uświadamiałam to sobie stopniowo. Z natury jestem raczej wycofana, nie muszę grać pierwszych skrzypiec, wolę słuchać, niż mówić i należę bardziej do obserwatorów, niż występujących. Od dziecka więc wydawało mi się, że jestem dziewczynką, która trzyma się maminej spódnicy i chowa się w tłumie. W pewnym momencie dotarło do mnie, że jest we mnie siła, z której nie zdawałam sobie sprawy.

Czy jako kobieta w tym zawodzie, musiała pani być silniejsza niż koledzy?

Kobiety mają zdecydowanie trudniej, natomiast ja od samego początku miałam to szczęście, że zawsze znalazł się ktoś, kto brał mnie za rękę, przeprowadzał z jednego miejsca na drugie, czy też otwierał przede mną furtkę zapraszając do nowej historii. Podejrzewam, że gdyby nie ci ludzie, których spotykałam na swojej drodze, prawdopodobnie nadal siedziałabym w moim pierwszym teatrze w Szczecinie i pewnie też byłabym szczęśliwa, że uprawiam ten zawód.

Nie ma pani poczucia, że wywalczyła swoją obecną pozycję zawodową?

Jeśli mowa o samej pracy, o walce, którą toczę podczas prób, spektakli, nagrań i ujęć, na deskach teatru, przed mikrofonem czy przed kamerą, to rzeczywiście muszę przyznać, że mój wkład jest niemały. To taka walka, jak na boisku, pracuję nad sobą, ale też działam wspólnie ze swoją drużyną dla osiągnięcia jak najlepszych wyników. Nie podejrzewałabym, że mam tyle mocy, bezwzględności wobec siebie, determinacji, żeby wywęszyć, dokopać się w sobie tego, co potrzebne do zbudowania postaci. Słowem, walczę w pracy nad rolą. Natomiast absolutnie nie umiem, walczyć o to, żeby te role się pojawiały. Szczęśliwie w pewnym momencie pojawił się ktoś taki, jak menadżer.

Wspomniała pani w jednym z wywiadów, że trudne czasy są dobre dla kultury, dlaczego?

Trudne sytuacje sprzyjają każdemu, kto potrafi wyciągnąć z nich właściwe wnioski i chce coś zmienić na lepsze. Kiedy jest wygodnie, najczęściej pozostajemy w miejscu, rozsiadamy się w tej wygodzie, konsumujemy ją i dopiero, gdy zacznie nas uwierać jakiś kamyk w bucie, aktywizujemy się, próbujemy coś zmienić. A zmieniając, tworzymy nowe, rozwijamy się. Podobnie dzieje się z kulturą. W trudnych czasach zazwyczaj piękniej rozwija swoje skrzydła, niż w czasach spokoju.

W serialu "Diagnoza" pojawia się pani jako czarny charakter, czy z czasem Bogna Mróz da się polubić widzom?

Tego nie wiem. Występuję w tym serialu w roli gościa, prawdopodobnie któregoś dnia z niego wyfrunę, nie wiem jak długo będzie opowiadana historia Bogny i jakie są pomysły na tę postać. Czy scenarzyści będą chcieli pozostawić Bognę w czerni, czy też w związku z czymś, co wydarzyło się w jej przeszłości, albo co spotka ją w przyszłości, będą chcieli ją wybielić, wytłumaczyć przed widzem? Zobaczymy. Czekam na rozwój mojej postaci razem z widzami.