Anna Sobańda: Zagraniczne seriale historyczne i kostiumowe odnoszą ogromne sukcesy, ale w Polsce tego typu produkcji dotychczas nie było. Czy „Belle Epoque” będzie przełomem?

Reklama

Paweł Małaszyński: Wiele lat temu w Polsce było mnóstwo takich produkcji, choćby Lalka z 1977 roku w reżyserii Ryszarda Bera czy Rodzina Połanieckich z 1979 roku w reżyserii Jana Rybkowskiego, ale faktycznie trzeba przyznać, że od 40 lat mamy w tym temacie serialowym przerwę. „Belle Epoque” to pierwszy taki krok, by to się zmieniło. Jednak, czy polski widz XXI wieku jest na to gotowy? Nie wiem. W dzisiejszych czasach niezbadane są wyroki publiczności i trudno przewidywać, czy nasz serial odniesie sukces i się spodoba. Zobaczymy. Trzymam kciuki by tak się stało.

Co skłoniło cię do tego scenariusza?

Przede wszystkim historia, postać, skala tego przedsięwzięcia. Czytając scenariusz wiedziałem, że to musi być zrobione z dużym rozmachem. Stacja TVN dotrzymała słowa i rzeczywiście pod względem scenografii, kostiumów, charakteryzacji, lokacji wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Myślę, że TVN podjął swego rodzaju ryzyko, ale kto nie ryzykuje... myślę że warto jest zainwestować i spróbować nakręcić coś zupełnie innego od tego, co możemy teraz oglądać w telewizji, niż powtarzać te same schematy. „Belle Epoque” jest swego rodzaju nowością na polskim rynku serialowym i sam jestem ciekaw efektu końcowego.

Czy produkcja sprosta gustom widzów zapatrzonych w takie seriale, jak „Gra o tron”, „Rodzina Borgów” czy „Wikingowie”?

Ja już dawno przestałem przewidywać takie rzeczy. W dzisiejszych czasach mamy tak wiele kanałów tematycznych, że ciężko jest ściągnąć i zainteresować widza konkretną produkcją. Wybór i jakość dzisiejszych zagranicznych produkcji serialowych jest ogromna. W Polsce także powstaje coraz więcej świetnych projektów: "Wataha”, „Pakt”, czy ostatnio świetnie przyjęty „Belfer” podnoszą wysoko poprzeczkę. Mam nadzieję, że widz surfując po kanałach, w środę 15 lutego o 21.30 zatrzyma się tym razem na „Belle Epoque”.

Słyszałam stwierdzenie, że „Belle Epoque” będzie polską odpowiedzą na „Sherlocka Holmesa”. Ile jest prawdy w tym porównaniu?

Czytając scenariusz oczywiście narzucały mi się skojarzenia z „Sherlockiem Holmesem” a także takimi serialami, jak „Peaky Blinders”, „Ripper Street”, „The Knick”. To wszystko jest pięknie wymieszane, wrzucone do jednego worka z którego wyszło nasze polskie „Belle Epoque”. Podobnie zrobili chociażby twórcy serialu „Stranger Things”, do którego wrzucony jest Spielberg, Stephen King, "E.T" czy „Goonies”. Te wszystkie składniki ładnie tam zagrały, masz wrażenie, że to wszystko gdzieś już widziałeś, ale mimo to historia jest ciekawa i wciąga. Mam nadzieje, że podobnie będzie z „Belle Epoque”.

Kostium w serialu historycznym pomaga w tworzeniu postaci, czy wręcz przeciwnie?

Kostium zawsze daje pewien sznyt, trzeba jednak od niego uciekać, bo on w pewien sposób łamie aktorowi kręgosłup. Dzięki niemu zanurzasz się w danej epoce, tymczasem najważniejsze jest to, co pod kostiumem, czyli bohater, jego emocje i motywacje. Nie można zapomnieć o człowieku. Same kostiumy są fenomenalne, dobrze się w nich czujesz. Mówi się czasami, że „czego nie dogramy, to dowyglądamy” i jest w tym sporo prawdy. Trzeba jednak skupić się na historii i na tym, jak przeprowadzić zapisaną w scenariuszu akcję.

TVN / TVNMirosław Sosnowski

Co zaintrygowało cię w samym bohaterze?

Czytając scenariusz nasunęło mi się, że podobnie jak ja, niczym kot – chodzi własnymi ścieżkami, ma własny system wartości, pewne rzeczy go zmieniają, ale pozostaje wierny swoim emocjom i pragnieniom. Jana Edigeya-Koryckiego poznajemy, kiedy po 10 latach banicji powraca do swojego ukochanego miasta Krakowa. Opuszczał je w atmosferze skandalu, ponieważ brał udział w pojedynku, który zmienił jego życie i czego Jan się nie spodziewa, zmieni je ponownie. Mój bohater powraca na pogrzeb brutalnie zamordowanej matki. Wspólnie z rodzeństwem Skrżyńskich, które prowadzi pierwsze laboratorium kryminalistyczne w Galicji, zaczyna rozwiązywać tajemnicę jej śmierci. Trafiają wówczas na ślad seryjnego mordercy. Jan postanawia zostać w Krakowie i współpracować z policją by rozwikłać zagadkę. Do pozostania w rodzinnym mieście skłania go także Konstancja, miłość jego życia, w którą wciela się Magda Cielecka.

Reklama

Cały serial skupia się tylko wokół śmierci matki głównego bohatera i tajemniczego pojedynku?

To jest serial case’owy, czyli w każdym odcinku mamy kolejną zagadkę, kolejne morderstwo. Oprócz tego powoli z odcinka na odcinek mój bohater będzie odkrywał kolejne fakty i zdarzenia związane z tajemnicą swego znamiennego pojedynku, w którym zginął brat jego ukochanej, które to fakty będą stawiać naszych bohaterów w zupełnie innym świetle.

Serial jest ponoć inspirowany prawdziwymi zdarzeniami.

Tak, ponieważ opowiada o morderstwach i tajemnicach, które faktycznie miały miejsce w tamtym okresie. Niektóre są oczywiście podkolorowane, innych nigdy nie rozwiązano. Scenarzyści pozbierali najciekawsze sprawy i dołożyli do tego swoją historię. Duża część morderstw, które widzimy na ekranie rzeczywiście wydarzyła się w przeszłości.

TVN / TVNMirosław Sosnowski

Niedawno wystąpiłeś w serialu „Komisja morderstw”, teraz jest „Bell Epoque”, wcześniej zaś miałeś sporą przerwę od telewizyjnych ról. Czy coś zmieniło się w polskich serialach, że znów zaczęły cię interesować?

Nigdy nie przestały mnie interesować. Rzadko pojawiam się na ekranie ponieważ nie otrzymuje ciekawych propozycji, a kiedy nie otrzymuję godnych uwagi ofert, to realizuję się w innych przestrzeniach. Cały czas moją podstawą jest teatr Kwadrat, mam też zespół Cochise. Jest mnóstwo obszarów, w których mogę się spełniać i nigdy nie traciłem czasu na projekty, które mnie nie interesowały. Staram się być szczery wobec siebie samego podejmując takie, a nie inne decyzje zawodowe. Poza tym od początku wiedziałem, że w tym zawodzie, albo niesie cię fala i wszystkie propozycje, które spływają spełniają oczekiwania, albo nie ma takich propozycji i wtedy czekasz. Rynek mamy, jaki mamy, i trzeba się do niego przyzwyczaić.

Czy to znaczy, że teraz aktorstwo przeważa nad muzyką?

Nie, od kiedy pamiętam, dzieliłem te dwa obszary dosyć naturalnie. Jest czas na rodzinę, muzykę, na teatr i na serial. Trzeba tylko dobrze zaplanować to w harmonogramie. Z zespołem Cochise gramy ponad 50 koncertów rocznie, co nie przeszkadza mi uprawiać zawodu aktora. Dużym sukcesem zespołu w ubiegłym roku było wygranie eliminacji i występ na dużej scenie Woodstockowej u Jurka Owsiaka, w tym roku wydajemy nasz piąty album "Swans and Lions".

Znany jesteś z tego, że jak ognia unikasz show biznesu. Dlaczego?

...(śmiech). Nudny, życiowy anarchista z głową w chmurach twardo stąpający po ziemi nie wpisuje się raczej w kanon dzisiejszego show-biznesu. To nie jest do końca moje środowisko naturalne. Jednak chcąc czy nie chcąc w pewien sposób w nim egzystuje - to oczywiste. Każdy z nas kieruje i sprzedaje swoje życie zawodowe i prywatne tak, jak ma na to ochotę czerpiąc z tego jakieś profity i przyjemność. Ja tak nie umiem i nie chcę. Nie potrzebuje bywać, żeby być i nie oceniam innych bo kim ja jestem by to robić. Przez te 15 lat wiele doświadczyłem. Kiedyś ktoś mądry powiedział "kto buduje na ludzkim zaufaniu... buduje na piasku" i uwierz mi... wiem o czym mówię. Na dzień dzisiejszy staram się nie ganiać za ludźmi. Jednak jeżeli tzw "bywanie" jest związane z promocją mojego filmu, serialu, czy sztuki to oczywiście się pojawiam. Wtedy jest czas na spotkanie i ciekawą rozmowę. W przeciwnym wypadku wolę spędzać ten czas w domu z dziećmi.

Da się być w zawodzie aktora na własnych warunkach?

Myślę, że tak. Jest wiele takich przykładów wśród moich kolegów aktorów. Ja zajmuje się głównie przestrzenią mojego zawodu. Cała reszta to tylko szumy w tle.

Serial "Belle Epoque" będzie emitowany w stacji TVN w środy o godzinie 21.30. Premiera zaplanowana jest na 15 lutego.