Słowa, które wzbudziły tyle emocji, padły w wywiadzie, jakiego Cielecka udzieliła wspólnie z kolegami z Nowego Teatru "Newsweekowi". Aktorka powiedziała:

Wracałam wieczorem po manifestacji przypiętym znaczkiem KOD. I siedział tam facet, czułam, że mnie rozpoznał. I on jakimiś dźwiękami, onomatopejami zwierzęcymi, próbował dać mi do zrozumienia, że mu śmierdzę. Poczułam się jak - przepraszam za porównanie - żydowskie dziecko w tramwaju w czasie okupacji. Dziecko, które jest wystraszone i wie, że nie powinno w tym tramwaju być. Kiedy wysiadałam, on powiedział "gorszy sort", więc sytuacja skończyła się lajtowo. Ale czułam, że chce mi coś zrobić, tylko jeszcze nie bardzo wie, co.

Wypowiedź oburzyła wielu internautów, w tym kilku prawicowych publicystów. Cielecka postanowiła wytłumaczyć się w programie Andrzeja Morozowskiego "Tak jest"

Opisałam mechanizm zagrożenia, mechanizm strachu, który towarzyszy komuś, kto wie, że jest w mniejszości, w odniesieniu do której większość jest wroga, nieprzyjazna, a nawet pełna agresji.

Zdaniem aktorki, o niebezpiecznych mechanizmach należy mówić głośno i dosadnie:

Mówiąc te słowa już w tym wywiadzie, przeprosiłam od razu za to porównanie zdając sobie sprawę z tego, że jest ono ekspresyjne. Wydaje mi się, że załagadzanie pewnych reakcji, albo sposobu mówienia o pewnych groźnych wydarzeniach, jak eskalacja agresji wobec cudzoziemców w naszym kraju, jest bardzo szkodliwe. Czasami warto zaryzykować i użyć bardzo jaskrawego określenia po to, żeby wywołać pewną reakcję. O wiele groźniejsze jest łagodzenie w mowie i komentowaniu pewnych sytuacji, które się w Polsce dzieją.

Magdalena Cielecka uważa też, że krytyka jej wypowiedzi ma tylko jeden cel:

To jest trolling, który ma za zadanie odwrócić uwagę od tego, o czym był ten wywiad po to, żeby dyskusja toczyła się o Cieleckiej, która powiedziała coś bardzo wyrazistego, dla niektórych szokującego i nie do przyjęcia.