W najnowszym numerze magazynu "Viva!" ukazała się rozmowa z Marcinem Prokopem, w której słynący z błyskotliwych żartów prezenter zdradza, że zdarza mu się celowo drażnić rodaków:

Reklama

Nie wszyscy w naszym kraju mają jednak poczucie humoru. Otacza nas wielu życiowych frustratów, których wkurza to, że ktoś może bawić się tym, co robi, traktować rzeczywistość z dystansem, drwić z własnego wizerunku i tak dalej. Lubię drażnić te kołtuńskie emocje, wsadzać igłę pod paznokieć naszej dulszczyzny, choćby opowiadając o swoim skąpstwie, wygłaszając seksistowskie żarty czy kreując się na zakochanego w sobie bufona. Kiedy potem widzę zęby jadowe, odsłaniane na przykład na forach internetowych, czuję smutną satysfakcję, że medialna machina prania mózgów działa, a ja mam przed sobą jej ofiary. Mam wtedy ochotę zaśpiewać za Muńkiem Staszczykiem: „Jesteście nabrani, tak bardzo nabrani...”.

Prokop wyznał również, że choć na wizji tryska poczuciem humoru, prywatnie nie zawsze jest tak wesoły:

Są sytuacje, w których chciałbym mieć święty spokój. W pracy muszę być fajny na zawołanie. Moją rolą jest bycie publicznym kumplem na akord. Osobą, którą tak naprawdę na co dzień nie zawsze mam ochotę być. Nie jest też tak, że wychodzę z telewizji i nagle znikam z życia publicznego. Często mam więc dużą potrzebę ucieczki do swojej skorupy. Chociaż w telewizji jestem wyluzowanym, publicznym kumplem, prywatnie jest chyba na odwrót. Szymon Hołownia twierdzi, że czuje we mnie mrok, jak w średniowiecznych chorałach, a on jest biegły w temacie (śmiech).