Przypomnijmy, iż afera rozpętała się po tym, jak Marcin Miazga pożalił się jednemu z tabloidów, że żona po 19 latach wyrzuciła go z domu i zostawiła dla innego mężczyzny. Adrianna Biedrzyńska nie pozostawiła takich oszczerstw bez odpowiedzi. W przesłanym do mediów oświadczeniu napisała:

Reklama

Marcin Miazga swoje rozmyślne działanie ukierunkował w celu uzyskania chwilowej korzyści, a mianowicie wykazania mojej winy za rozpad pożycia małżeńskiego, choć wyłączną winę za ten stan ponosi on sam. Prawdą jest, iż pozostawaliśmy małżeństwem przez ponad 19 lat, lecz dalsze jego istnienie zostało zaprzepaszczone wyłącznie działaniem Pana Miazgi. Co więcej, ukazywanie siebie w roli ofiary pozbawione jest jakiegokolwiek sensu, gdyż istnienie Pana Miazgi w życiu publicznym uzależnione było wyłącznie od mojej osoby, którą w tym celu wykorzystywał. Podawanie nieprawdy co do mojej osoby pozwala mu bowiem dalej „istnieć” w mediach, gdyż w żaden inny sposób nie udało mu się wypracować swojego wizerunku popartego rzetelną i uczciwą pracą, której nigdy nawet nie próbował podjąć.

Aktorka zapewnia także, że nie wyrzuciła męża z domu:

Nigdy nie nakazałam mu wyprowadzki z mojego własnego domu, co należy z całą stanowczością podkreślić. Poprosiłam o opuszczenie mojego domu. W rzeczywistości Pan Miazga wyprowadził się w dniu 03.05.2013r. dobrowolnie zabierając przy tym wszystkie swoje rzeczy, jak i moje osobiste. Istotne jest z kolei to, że zupełny rozkład pożycia nastąpił dużo wcześniej, ale odpowiedzialność za ten stan ponosi właśnie ten, który dziś kreuje się na ofiarę. Podkreślenia wymaga, że ilość spraw sądowych, w tym karnej dotyczącej wyłudzeń ubezpieczeniowych, która nadal się toczy względem Pana Miazgi komornicze postępowanie egzekucyjne, przelało czarę goryczy i uniemożliwiło kontynuowanie małżeństwa. Te fakty powodowały już od wielu lat rozejście się naszych wspólnych dróg życiowych. Co więcej, takie działania już wcześniej narażały mnie na utratę dobrego imienia i wizerunku, nie tylko w środowisku aktorskim, ale też przed moją własną publicznością. Pan Miazga wielokrotnie bowiem dla uwiarygodnienia swoich niejasnych interesów wplątywał mnie, bez mojej wiedzy i zgody, w różne intrygi oraz problemy, także finansowe. Wielokrotnie musiałam tłumaczyć się, co widać choćby poprzez przegląd prasy, za to, iż Pan Miazga choć na to mu nigdy nie pozwalałam, wskazywał mnie jako "gwaranta" swych niejasnych interesów.

Na koniec Biedrzyńska wytacza najcięższe działa i zarzuca mężowi, że ją okradł:

Odnosząc się z kolei do kwestii rozwodu, to wskazać należy, iż ostatecznym powodem takiej decyzji podjętej przeze mnie nie jest mój nowy partner lecz ujawnione przeze mnie sprawy sadowe i kradzież pieniędzy, jakich dopuścił się Pan Miazga nie tylko na moją szkodę przez ostatnich kilka lat, a więcej kradzieży ujawniłam po jego wyprowadzce, co oczywiście zgłosiłam na policję. Co więcej, to nie on lecz ja podjęłam taką decyzję, gdyż pozew rozwodowy wniosłam sama.

Co sądzicie o takich małżeńskich dramatach rozgrywanych na łamach mediów?