Jaka była Ania?

Reklama

Jako dziecko była wspaniałą dziewczyną. Pogodną, przebojową. Zresztą obie moje córki i Ania, i Agnieszka to zawsze były bardzo kontaktowe osoby. Właśnie to wydaje mi się najlepszą cechą u obydwu dziewczyn. Ania jako dziecko była zadziorna, wszędzie jej było pełno i wiecznie była głodna.

Rozmawiamy w dniu premiery filmu "Ania", który właśnie wchodzi na ekrany kin, ale to też 8. rocznica jej śmierci. Dla pani to zapewne podwójnie trudny dzień, pełen emocji i wzruszeń.

To prawda. Ania odeszła 5 października. Byłam dzień wcześniej na cmentarzu, bo wiedziałam, że w dniu premiery filmu i w dniu, kiedy przypada rocznica jej śmierci, nie będę mogła tam być. To co roku jest bardzo trudny moment, bo przy grobie Ani pojawia się zawsze tłum ludzi, fotoreporterów. Kiedy rozmawiam z panią, czy innymi dziennikarzami, jestem pewna, że następstwem tych rozmów będzie ogromna fala hejtu, która bardzo dotyka zarówno mnie, jak też Agnieszkę, czy całą naszą rodzinę. Słyszę często głosy, że to wszystko na sprzedaż, ale to nie jest na sprzedaż. Ten film jest przekazem dla moich wnuków, które mało mamę pamiętają, jak chociażby jej najmłodszy syn Jaś, Szymon, który był emocjonalnie z nią związany, albo Oliwka, która być może bardziej niż chłopcy tej mamy potrzebuje i potrzebowała. Ale to także film dla ludzi, dla wszystkich nas, byśmy zrozumieli, że nasz czas jest krótki, że życie jest krótkie i kruche.

Reklama

Mówi się, że czas leczy rany?

Nie. Ze śmiercią dziecka nie da się pogodzić. Zawsze mówiłam i nadal uważam, że ze śmiercią babci, mamy, taty, czy męża jest się chyba prościej oswoić, ale z odejściem dziecka absolutnie nie. Nie jestem rzecz jasna pierwszą i jedyną matką, która traci dziecko, ale ja tej swojej żałoby nie mogę spokojnie przeżyć, bo Ania jest, może to złe słowa, ciągle na świeczniku. Ciągle piszą o niej, czy o dzieciach. Nie mam takiego spokoju, ale chciałabym przy okazji tej premiery, by ludzie, będąc w kinie spojrzeli na tę Anię w tym filmie jak na dziewczynę z podwórka, ze swoimi marzeniami, która robi swoją karierę. Tak, dla Ani to co osiągnęła to była kariera, choć pewnie dla niektórych osób, dla hesterów, to będzie tylko “że coś tam zagrała”, “aktorka drugiego planu”. Nieprawda. To było jej marzenie, które konsekwentnie realizowała. Ja jako matka zawsze się z dziewczynkami zgadzałam. Jaką drogą chciały iść, taką poszły.

Co pomagało pani córce w walce z nierównym przeciwnikiem, jakim była choroba nowotworowa?

Wiara. To jej pomagało, ona tego bardzo potrzebowała. Wiele osób mówi, że przed śmiercią, czy w chorobie człowiek się nawraca, że jak “trwoga to do Boga”. Ja myślę, że Ania do tego dojrzała, traktowała Boga po przyjacielsku. Miała zaprzyjaźnionego księdza Bernarda Zielińskiego, który wyraził zgodę na to, by Ania przyjeżdżała do niego co dwa dni. Jak ją napadło, jak miała potrzebę, to jeździła na rowerze z Orłowa do Brzeźna na plebanię do tego księdza. Gosposia zawsze się o nią martwiła i mówiła: “Anusia, ty taka mokra”. Tak sobie z księdzem siadali przy herbacie i rozmawiali. Najwyraźniej tego właśnie potrzebowała.

Czy są jakieś słowa wypowiadane przez Anię, które pani zapamiętała?

Reklama

Najbardziej podobało mi się, jak mówiła do mnie Kryster. Rzadko byłam mamusią, mamą, tylko właśnie “jej Kryster”. Czepiała się moich spodni, że za krótkie. Nosiłam często takie spodnie o długości ¾ i Anka do Agnieszki mówiła: “Błagam cię, weź mamie te spodnie ogarnij, bo jak nie to je poobcinam nożyczkami”. To, co utkwiło mi najbardziej w pamięci to nasze telefony. Wykonywałyśmy setki rozmów telefonicznych. Gdyby wyciągnąć billingi tych rozmów, to byłyby to niesamowite kwoty. Rozmawiałyśmy godzinami, choć wiadomo było, że za chwilę przyjadę do Łodzi, Poznania, czy Turcji, bo tak jak Ania z Jarkiem i dziećmi wędrowali, tak ja jako babcia, podobnie zresztą jak babcia Lidzia, czy dziadek Andrzej (rodzice Jarosława Bieniuka partnera Przybylskiej – przyp. red.).

Gdy Ania razem z Jarkiem wyjechała do Turcji, miała ją pani przez dłuższą chwilę na odległość?

Tak, to prawda. Zawsze obydwie z Agnieszką się mną dzieliły. To mi się bardzo podobało. Ania dzwoniła do Agnieszki i pytała: “Słuchaj mogę wziąć mamę? Oddam Ci ją przed Bożym Narodzeniem” i na odwrót. Dzieliły się mną, a ja trochę w żartach pytałam, czy pytały mnie, czy ja chcę gdzieś jechać. Czego się jednak nie robi dla dzieci i wnuków. No właśnie wnuki... to one są testamentem, jeśli można to tak w ogóle nazwać, który Ania po sobie zostawiła. To jej całkowite odbicie. Czasem jak patrzę, jak śpią, jedzą, to są te same ruchy, gesty, które mnie wzruszają, w których widać całą Ankę.

Trudniej jest być babcią, gdy ich mamy nie ma?

Na pewno. Gdy Ania była, jeździłyśmy, czy chodziłyśmy na plażę, na place zabaw. Dzieci się bawiły, a my mogłyśmy usiąść, wypić kawę, poplotkować. Jak tak sobie teraz myślę o tych naszych spotkaniach to ciągle byłyśmy w biegu, w podróży.

Do kogo z wyglądu i charakteru była podobna Ania?

Zarówno ona, jak i Agnieszka, miały wyrobiony charakter. To była taka dyscyplina wojskowa, bo przecież ja byłam córką wojskowego, mój mąż był wojskowym i pracowałam w wojsku. Ta nasza rutyna, to w nich pozostało i procentowało. Często słyszałam, że gdyby nie mama, czy tata, to to by się nam nie udało, takie byśmy nie były. Ania dużo miała z mojego męża, a ze mnie chyba to, że była uporządkowana i pedantyczna. Bardzo nie lubiłam prasowania, a jak urodziły się wnuki to prasowałam te wszystkie kaftaniki, ubranka. Ania patrzyła na mnie i mówiła: “Tata się w grobie przewraca, jak Cię widzi z tym żelazkiem”. Też tego nie lubiła, ale że była podobnie jak ja albo jeszcze bardziej pedantyczna, to też prasowała. Kiedy urodziła się Oliwka to wszystko miała posprzątane, poukładane, wygotowane butelki, smoczki. Mówiłam jej czasem, że to dziecko prędzej się rozchoruje jak będzie zbyt sterylnie. Przy kolejnych dzieciach już trochę wyluzowała.

Czy Ania się pani śni?

Bardzo często. To są sny bardzo pogodne. Ciągle się w nich pakujemy, tak jakbyśmy wciąż były w podróży. Ania w tych snach mówi do mnie żebym tu, czy tam, postawiła walizkę, to spakowała. Kiedy była z nami to kilka ich przeprowadzek przeżyłam. Jarek zawsze mi mówił: “Babcia, jak ty sobie świetnie radzisz z tym pakowaniem”.

Kiedy dzieci pytają o mamę, to co im pani mówi, opowiada?

Staramy się rozmawiać delikatnie, one same muszą wyjść z tematem. Najbardziej odczuwam to, gdy jesteśmy na cmentarzu, gdy dzieci są w swoim zamyśleniu. Odchodzę wtedy na bok, zostawiam je. Czasem wtedy zadają pytania. Bywa, że jak któreś z nich np. Oliwka krzyknie, ma grymas, to mówię, że “cała matka”, a ona wtedy dopytuje, jaka matka i zaczynamy rozmawiać, czy Ania chodziła na wagary, jaka była. To była chłopczyca, ale właśnie tym zjednywała sobie ludzi. To co mnie boli to, że ludzie nazywają ją “aktorką drugiego planu”, a ona wystąpiła w ponad 20 filmach. Ludzie pokochali ją za osobowość. Ona wszędzie się śmiała, rozrabiała, jak wchodziła to od razu była przysłowiowa “zadyma”.

A jej ostatnie chwile jak pani zapamiętała?

Na nasz ostatni spacer wybrałyśmy się w sobotę, a w niedzielę Ania zmarła. Poszliśmy na ławkę, która była niedaleko naszego domu. Nakryliśmy ją kocem, Jarek przyniósł kołdrę. Akurat odbywało się zakończenie sezonu żeglarskiego, pogoda była piękna. Ania powiedziała wtedy: “Mamo, dla takich chwil warto przeżyć”. Teraz, gdy ponownie odbywa się koniec tego żeglarskiego zlotu od razu kojarzy mi się z nią. Ania ma grób na cmentarzu, który znajduje się przy komendzie portu, ale jest morze, są okręty, słychać ich sygnały, widać je. To jest taki jej symboliczny powrót do Gdyni. Tęskniła za tym miastem, chciała tu wrócić, zostać i została.

Film "Ania" od piątku (7 października) można zobaczyć w kinach w całej Polsce