30 stycznia 1991 roku widownia w Teatrze Dramatycznym po raz pierwszy usłyszała głosy i zobaczyła na scenie nieznanych im do tej pory młodych wykonawców – Edytę Górniak, Roberta Janowskiego, Katarzynę Groniec, czy Barbarę Melzer. Już po kilku przedstawieniach stali się idolami młodego pokolenia tamtych lat. Na spektakle do Teatru Dramatycznego przychodziły tłumy. Niektórzy szli na rekord i oglądali „Metro” 300 a nawet 400 razy. Widownia śpiewała razem z artystami, a po spektaklach czekała przy wejściach za kulisy, by zdobyć autograf lub wręczyć maskotkę ulubionemu wykonawcy. Powstawały fan kluby, a fani koczowali pod drzwiami swoich idoli.

Reklama

Gdy pewnego razu pojechałem w góry, będąc na kolacji w schronisku, usłyszałem jak dziewczyna gra na gitarze i śpiewa: „Uciekali, uciekali, uciekali…”. Pomyślałem wtedy, że to się dzieje naprawdę, że podbiliśmy serca młodych ludzi, a ja skomponowałem piosenki, które – choć zarzucano im, że nie są ówczesnymi hitami – to niosą – wspomina Janusz Stokłosa, kompozytor muzyki do „Metra”.

Minął rok, debiutu nie było

Początkowo to nie on a Przemysław Gintrowski miał być jej twórca. Okazało się jednak, że Józefowicz się z nim nie dogadał i zaproponował współpracę właśnie Stokłosie. Libretto i połowa piosenek wyszły spod pióra Agaty i Maryny Miklaszewskich.

Razem z moją siostrą Agatą napisałyśmy libretto i połowę piosenek. Nie tworzyłyśmy z myślą o musicalu, bo ta forma była wtedy jeszcze nieznana. Myślałyśmy raczej o jakimś widowisku muzycznym. Nasza przyjaciółka Zuzanna Łapicka zaniosła to do Teatru Rampa i pokazała Andrzejowi Strzeleckiemu, który był ówczesnym dyrektorem. Janusz Józefowicz pracował tam wtedy jako choreograf i miał wreszcie zadebiutować jako reżyser. Gdy zobaczył, co napisałyśmy, od razu powiedział, że to rezerwuje i będzie to jego debiut. Minął rok, debiutu nadal nie było, ale pojawił się producent, który obejrzał w telewizji przygotowane przez Józefowicza widowisko. Znalazł reżysera i powiedział mu, że gdyby miał jakieś marzenia i plany do zrealizowania, to on chętnie mu w tym pomoże – wspominała w książce Marcina Kydryńskiego „Metro na Broadwayu” Maryna Miklaszewska.

"Skoro nie ma ich w stolicy, to trzeba poszukać gdzie indziej"

W końcu prace ruszyły. Początkowo spektakl miał być wystawiany w warszawskim Teatrze Rampa, ale na drodze Janusza Józefowicza pojawił się producent wizjoner, czyli nieżyjący już Wiktor Kubiak.

Zaczął nas przekonywać, że musimy się poświęcić tylko temu, wtedy na pewno osiągniemy sukces – wspomina Stokłosa. Pierwszą przeszkodą, jaka pojawiła się w drodze do realizacji spektaklu był brak obsady. Józefowicz narzekał, że nie oprze tego na dwóch albo trzech aktorach, zwłaszcza, że takie musicale jak „Hair”, czy „Chorus Line” to zespół kilkudziesięciu śpiewających i tańczących artystów. Dla Kubiaka sprawa stała się jasna. „Skoro nie ma ich w stolicy, to trzeba poszukać gdzie indziej. Jak nie w Warszawie, to w Polsce” – stwierdził. I tak Kubiak, Stokłosa i Józefowicz ruszyli w Polską.

We Wrocławiu znaleźliśmy Kasią Groniec. Przyszła zaśpiewać wraz ze swoim kolegą, miała 16 lat. Nie w głowie jej było przenoszenie się do Warszawy, a co dopiero udział w teatralnym przedsięwzięciu – wspominał Stokłosa.

Poszukiwania pierwszego składu „Metra” trwały ponad rok. Artyści znalezieni zostali nie tylko w Polsce, ale też na Słowacji, czy w Rosji. To z tych dwóch państw przyjechali m.in. Denisa Geislerova, Igor Sorin, czy Lena Wanina.

Szpilki i mini spódnice

Potem ruszyły przesłuchania. Łatwo nie było.

Śpiewano „Sto lat” albo kolędy. Dziewczyny – tancerki przychodziły w szpilkach i spódnicach mini. Ci, którzy skończyli szkoły aktorskie dziwili się, że w ogóle mają coś pokazywać i stawać w szranki z amatorami – wspomina Janusz Józefowicz. Przyjętych osób było 60, w spektaklu po ostrej selekcji zagrało 30. Wiktor Kubiak stwierdził, że skoro już są, to trzeba ich gdzieś „zagonić, opanować i okrzesać”. Przez całe wakacje 1990 roku ćwiczyli w wynajętych pomieszczeniach na AWF-ie. Treningi trwały od rana do nocy. Potem Kubiak wynajął ośrodek w Ojcówku.

Ta współpraca z Januszami nie należała do najłatwiejszych. Józefowicz i Stokłosa byli w świetnej formie, ale praca z nimi to były nieustanne awantury, ale o dziwo to, co tłukliśmy sobie na łbach, wpłynęło na mnie fantastycznie. Spieraliśmy się o wszystko – estetykę, talent, kto jest dobry, kto nie. Jak kogoś wyrzucał, to dopytywałam, dlaczego wyrzucił. W końcu zaczęliśmy się dogadywać – wspominała Elżbieta Zapendowska, która podczas pracy nad „Metrem” uczyła emisji głosu.

Oprócz niej w przygotowaniach udział brali Cezary Morawski i Wiesław Komasa, którzy uczyli aktorstwa, Jerzy i Danuta Fidusiewicz, akrobatyki, a dykcji - prof. Kazimierz Gawęda. Nauka obejmowała także taniec jazzowy, klasyczny, step i solfeż (czytanie nut głosem).

Jedni sami przyjeżdżali na to zgrupowanie, innym trzeba było dać na autobus, ale w te wakacje uświadomiliśmy sobie, że rodzi się coś dużego, sensownego, że te śpiewane utwory nabierają dziwnej energii, odjazdu, którego ja w Ateneum, czy Janusz w Rampie, byśmy nie znaleźli – opowiadał Stokłosa.

Górniak, Janowski, Pazura

Wśród wykonawców znalazły się Edyta Górniak i Iwona Zasuwa, które do Warszawy przywiozła ze sobą właśnie Zapendowska. Pojawili się też Katarzyna Groniec, Barbara Melzer, Anna Mamczur, Monika Ambroziak, Robert Janowski, Dariusz Kordek, czy Michał Milewicz. Epizodyczne role zagrali ci bardziej znani – Cezary Pazura, Olaf Lubaszenko oraz Bogusław Linda. Stroje, w których występowali a przede wszystkim tańczyli wykonawcy stworzyła Ewa Krauze. Wiktor Kubiak przekonał Janusza Józefowicza, by w musicalu pojawiły się nowinki techniczne lasery, ultrafiolet i obrotowa scena.

I tak 30 stycznia 1991 roku o godz. 19 na deskach Teatru Dramatycznego odbyła się premiera pierwszego polskiego musicalu. Fabuła „Metra” opowiada o młodych ludziach, którzy jak większość występujących w musicalu osób miała po kilkanaście lat i marzyła o sławie. Uliczni grajkowie, śpiewacy, tancerze wystawiają na podziemnych peronach metra spektakl dla pasażerów. Jego twórcą i animatorem jest Jan, dla którego metro jest domem, a underground sposobem na życie. Spektakl budzi sensację, młodzi artyści otrzymują propozycję pracy w komercyjnym teatrze i odchodzą od Jana, rezygnując z wyznawanych przez niego idei.

Miejsce, którego w Polsce nie było

"Metro" tuż po premierze spotkało się z krytycznymi recenzjami. Jednym z zarzutów było to, że akcja dzieje się w miejscu, które w Polsce nie istnieje. Przedsięwzięcie łamało jednak standardy.

Po pierwsze robiliśmy ten spektakl z amatorami, ludźmi bez dyplomów szkół teatralnych. To wzburzyło środowisko. Myślę, że ludzie poczuli się nawet zagrożeni. Pamiętam oburzenie, że w tej samej garderobie w Teatrze Dramatycznym, w którym graliśmy „Metro”, był Tadeusz Łomnicki, a teraz jakiś 18-letni chłopak z Włocławka, który kręci się na głowie i tańczy jakiś breakdance. To był dla niektórych koniec świata. Po drugie nasz zespół nie był odbierany jako grupa teatralna, tylko zbieranina ludzi. Sporo zamieszania było wokół tego musicalu. Zresztą, jaki musical? Przecież to było dla niektórych obce kulturowo zjawisko, nie tylko jako przedstawienie, ale i wydarzenie. Zbieraliśmy przedziwne recenzje, uszczypliwe, w stylu, że „jak na garbatego, to i tak nieźle”. Byli i tacy, którzy zauważyli, że to rewolucja w myśleniu o teatrze muzycznym, początek czegoś – wspominał Janusz Józefowicz.

Najważniejszy dla twórców był jednak entuzjazm widzów. Nie mieli jednak zbyt wiele czasu, by cieszyć się sławą.

Powiedziałem im już na samym początku, że na parę lat muszą zapomnieć o narzeczonych, imprezach, że będą żyli jak w klasztorze. Nie ma mowy o rozrywkach, bo inaczej tego nie zrobimy. Wyjęliśmy tych ludzi z ich miejsc, ich światów i postawiliśmy przed nimi wyzwanie, zaprosiliśmy do ciężkiej pracy – wspomina pracę nad musicalem Józefowicz.

Steki dla Mr. Richa

Tuż po premierze wrócili do Ojcówka i zaczęli pracę nad amerykańską wersją „Metra”. To była kolejna wizja Wiktora Kubiaka. Uważał, że są w stanie osiągnąć sukces. Premiera odbyła się 16 kwietnia 1992 roku. „Ulice Europy pełne są marzeń, niech wolność tańczy i śpiewa” – to hasło, które reklamowało „Metro” w amerykańskiej prasie. Gdy pierwszy zespół wybrał się do Nowego Jorku, w Polsce pracowała druga obsada aktorska. W Minskoff Theatre na Broadwayu zagrali 38 razy. Publiczność reagowała entuzjastycznie, ale krytycy nie pozostawili na nich suchej nitki.

Frank Rich, uchodzący za najbardziej opiniotwórczego krytyka teatralnego wschodniego Wybrzeża Ameryki, napisał: „Jeżeli Nowy Jork miałby serce, ktoś mógłby zaprosić ich na stek albo nawet ofiarować im bilety na broadwayowskie przedstawienie”. Następnego dnia obsada „Metra” pojawiła się przed redakcją „New York Timesa” w koszulkach i czapkach z logo musicalu, przynosząc ze sobą 50 steków i wielki transparent „To Mr. Rich from Metro with Love”.

"Wszyscy nas opluli"

Po powrocie do Polski też nie było kolorowo.

Wszyscy nas opluli, telefony nie dzwoniły, wyrzucono nas z Dramatycznego. Pojawiło się pytanie, co robimy dalej? Zaczęliśmy szukać miejsca, punktu zaczepienia. Tak powstało Studio Buffo – mówi Józefowicz.

Dyrekcja sceny odmówiła wystawania „Metra” tłumacząc swą decyzję stratami, jakie ponosi teatr w związku z graniem Metra. Argumentowano też, że wystawianie w tym teatrze musicalu zakłóca jego pracę i przygotowywanie premier. Zanim powstało Studio Buffo przez pół roku spektakl nie był grany w ogóle.

Na deskach Teatru Dramatycznego zagrano go 900 razy. Do styczna 2019 roku odbyło się 2200 spektakli. Ponad 200 razy musical wystawiono też w Rosji oraz Francji. 30-lecie z racji pandemii będzie świętowane on-line 30 stycznia o godz. 19. Marzeniem Józefowicza jest stworzenie filmowej wersji "Metra".