Gdyby ktoś zaproponował mi, bym zorganizowała ekstremalną wyprawę dla naszych polskich parlamentarzystów, z wielką przyjemnością bym to zrobiła. Może nie od razu zabrałabym stu posłów, bo w dużej grupie poczuliby się pewniej, ale . Myślę, że wróciliby z takiej wyprawy jako zupełnie inni ludzie. .
Podróż do miejsc, w których nie ma tego wszystkiego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni tu, na miejscu - czyli pralki, lodówki, radia i innych bardzo przydatnych usprawnień - bardzo zmienia.
Gdy wyjeżdżamy gdzieś daleko, to nagle okazuje się, że aby mieć czyste ubranie, musimy wejść do rzeki i własnoręcznie na kamieniu w rzece to ubranie wyprać (i modlić sie, żeby nie spadł deszcz, gdy się ono suszy).
Gdyby poseł Marek Suski z PiS, który deklaruje, że nigdy nie polubi karaluchów, pojechał ze mną na wyprawę, to naturalnie nie zmuszałabym go do zjedzenia czegoś, co go brzydzi. . Są bowiem takie sytuacje w życiu, gdzie człowiek z absolutną radością i szczęściem zjada pieczone mrówki albo larwy. Bo nic innego do jedzenia nie ma.