Kinga Dunin już na wstępie swojego felietonu opublikowanego w "Dzienniku Opinii" Krytyki Politycznej podważa główny cel programu. Mentorki twierdzą bowiem w mediach, że chciały nauczyć nieokrzesane dziewczyny manier tak, by lepiej radziły sobie we współczesnym świecie. Publicystka widzi to inaczej:

Czy rzeczywiście jego dobrą intencją jest wyrównywanie szans? Czy raczej cywilizowanie dzikich, tubylczych kobiet? Bo rzeczywiście cały fan polega na tym, że one takie dzikie, a tu wkoło wyższa cywilizacja – pałac i mentorki, wina i konie. Mentorki to professional women i medialne celebrytki z wyższej półki, jedna z nich podobno jest bardzo znana, ale nie wiem z jakiego powodu.

Dunin zwraca także uwagę, że zaczerpnięty z Wielkiej Brytanii format, nie bardzo pasuje do polskich realiów:

Projekt Lady to format brytyjski, gdzie pewne wzory przez wieki powstawały w kręgach arystokratycznych, a u nas? To wytwór mediów. Wzorów elegancji propagowanych w tej bardziej luksusowej prasie kobiecej, pewno w jakichś programach life-stylingowych, w reportażach z życia światowych sfer wyższych. Ale najważniejsze jest to, że wzory te mają stać się pożądaną normą właściwie dla wszystkich, skojarzoną z awansem klasowym. Ubierz kołek, a będzie pachołek, jak mawiała moja babcia. O klasie decyduje nie tylko majątek i władza, także prestiż.

Jak na feministkę przystało, Dunin zauważa, że w programie dobrych manier uczy się tylko dziewczęta:

A prestiż kobiety w większym stopniu niż męski zależy od jej wyglądu. I jak poucza nas film Pretty woman sama miłość nie wystarczy, prostytutkę trzeba też ubrać i nauczyć dobrych manier, żeby zasłużyła na małżeństwo z panem. Mam nadzieję, że będzie potem kolejna seria, w której kibole zostaną przerobieni na lordów (lady to żona lorda).

Na koniec publicystka zastanawia się, kto stanowi tak liczną widownię programu "Projekt Lady": 

Kto to ogląda? Aspirująca klasa średnia? Myślę, że nie aspirująca, ale już zindoktrynowana.