Barbara Sowa: Polacy dobrze tańczą?
Krystyna Mazurówna*: Unikam uogólnień, nie można powiedzieć, że Polacy tańczą lepiej od Francuzów, a ustępują Czechom czy na odwrót. Wszędzie są talenty, które uwielbiam wyłapywać. W Polsce widziałam wiele osób, które szalenie mi się podobały. Na castingach do programu Polsatu pojawił się chłopak, który przyznał, że jest samoukiem, a mimo to jego taniec mnie zachwycił. Reszcie jury nie bardzo się spodobało to, co pokazał, ale ja go doceniłam. W jego tańcu nie było ani jednego kroku, który byłby znany, zmałpowany. Dla mnie właśnie to jest w sztuce najważniejsze. Ten chłopak wszystko od początku do końca sam wymyślił.

Reklama

Jest lepiej niż w latach 60-tych?
Inaczej tańczyło się na fajfach, a inaczej na dzisiejszych dyskotekach. Trudno oceniać. Polacy bardzo się roztańczyli. Taniec stał się sztuką szeroko pokazywaną w telewizji, a że to medium, które trafia pod strzechy, to szybko pojawiło się duże zainteresowanie tą dziedziną. Powstało wiele szkół tańca - gorszych i lepszych. W latach 60., funkcjonowały tylko szkoły tańca klasycznego i jedyne miejsca, gdzie można było robić karierę, to była opera, operetka i kilka zespołów. A ponieważ jako jedyna próbowałam tańczyć inaczej, zaangażowano mnie w telewizji.

Nie wszystkim się to podobało. Prezes telewizji radził pani wziąć się za tańce ludowe.
On to powiedział na głos, ale potem szeptem dodał, że tu są podsłuchy, ale jemu osobiście bardzo się podoba to, co robię.

Wtedy była pani u nas wielką gwiazdą. Nie żałuje pani wyjazdu do Francji?
Nie. Nie chciałam wyjeżdżać, zmuszono mnie do tego. Ale gdy mnie później pytano czy nie żałuję, odpowiadałam: żałuję ze zrobiłam to tak późno.

Jak to?
Gdybym przyjechała do Francji w wieku 12-18 lat mogłabym osiągnąć jeszcze więcej. A ja miałam wtedy 28 lat. Choć może to nie tylko kwestia wieku, ale podejścia do życia. W Polsce całą energię twórczą włożyłam w zespół tańca jazzowego “Fantom”, który został zniszczony. To mnie zgasiło i będąc już we Francji pomyślałam, że skupię się bardziej na rodzinie. Nie miałam tej pary, żeby robić awangardę, założyć coś swojego, iść na przód. Ale oczywiście we Francji odniosłam też prawdziwe sukcesy. Tańczyłam w wielu prestiżowych miejscach. Założyłam własny "Ballet Mazurowna", tańczyłam w spektaklu Josephine Baker, przez sześć lat byłam solistką w Casino de Paris. To akurat było szalenie praktyczne, bo cały dzień miałam wolne, tylko wieczorem szłam do teatru. Dzięki temu urodziłam dwójkę kolejnych dzieci. Cały dzień niańczyłam, a wieczorem kładłam je spać i szłam tańczyć.

Ale na początku nie było tak łatwo.
To prawda. Gdy wyjechałam, nie znałam języka, miałam zawód w nogach, ale nie wiedziałam jak go sprzedać. W Polsce sprzedałam wszystko - samochód lodówkę, pralkę, telewizor. A pieniądze przewiózł nasz ówczesny ambasador. Sama mogłam wziąć tylko 5 dolarów. Takie było prawo. A on sam zaproponował: pani Krystyno walizą dyplomatyczną przewieziemy. I rzeczywiście, jego szofer dostarczył mi pieniądze. Sęk w tym, że potrącili 20 proc. tej kwoty. Gdy zapytałam: Zaraz, zaraz, pieniędzy było więcej. Szofer odpowiedział: przecież dyplomacja musi z czegoś żyć. Miałam więc plik pieniędzy, z którego wyjmowałam codziennie jeden banknocik. I kupowałam kotlet dla synka, a kluski dla siebie. Gdy ten pytał: mamo dlaczego nie jesz mięsa? Bo ja się odchudzam - tłumaczyłam. Wierzył.

Reklama

Ile lat miał wtedy syn?
Osiem. I co ciekawe, on sobie znacznie szybciej poradził w nowym miejscu. Od razu zapisałam go do szkoły, on błyskawicznie nauczył się języka. W pierwszym roku był na drugim miejscu w klasie. Kiedyś spytałam, kto jest pierwszy. Taki jeden Su-szo-ki - powiedział syn. To Chińczyk chyba? - zapytałam. - Nie, to taki blondyn z niebieskimi oczami - tłumaczył syn. Później okazało się, że ten uczeń to Polak, a jego nazwisko brzmiało Suchocki. Z resztą z Suchockim syn wygrał już rok później i tak szedł na podium aż do matury.

A pani kiedy się w końcu udało?
Długo to trwało, zanim się zorientowałam, że w poszukiwaniu pracy zamiast wystawać od strony kasy w teatrze, powinnam się kręcić przy wejściu dla artystów, od tyłu - i tam szukać informacji o castingach. Po dziewięciu miesiącach wreszcie trafiłam na pierwszy casting, zaangażowali mnie i od tamtej pory było coraz lepiej. Najciekawszą historię miałam z pewnym czarnoskórym choreografem, którego nazwałam starą małpą.

Krystyna Mazurówna - najbarwniejsza jurorka polskiego show-biznesu>>>

Czym sobie na to zasłużył?
O próbie tego słynnego choreografa dowiedziałam się przypadkiem. Przechodziłam z synem obok jego teatru. Długo się nie zastanawiając weszłam do środka, a syna zostawiłam na ulicy, nakazując mu stać i czekać grzecznie przy drzewie. Myślałam, że wejdę na chwilę, zorientuje się w czym rzecz i wrócimy razem do domu. Weszłam i aż dech mi zaparło. To był styl, o którym marzyłam! Tańczyli pięknie. No więc powiedziałam, kalecząc język, że tancerka, że Polka, że szukać praca. - Stań tam i próbuj – powiedział murzyn, wskazując wolne miejsce. Brakowało im jednej tancerki. Wiec poszłam, tak jak stałam - w buciorach, grubym ubraniu i zaczęłam naśladować to, co dziewczyny obok robiły. Zdawało mi się, że jestem okropna. Po dwóch godzinach do sali wpadła zasapana tancerka, tłumacząc coś o spóźnionym samolocie. Odepchnęła mnie, bo zajęłam jej miejsce. Murzyn poprosił mnie o telefon. Ponieważ wiem, że tak się zawsze mówi na castingach i nigdy nikt nie dzwoni, wykrzyczałam mu w twarz: Ty stara małpo murzyńska! Nigdy nie zadzwonisz nie masz odwagi mi powiedzieć, że jestem za gruba i za stara!
Wybiegłam płacząc, do dziecka, które w miedzy czasie zmokło, ale nie ruszyło się spod tego drzewa. Razem pochlipując wróciliśmy do domu. Potem okazało się, że choreograf się nie obraził, szukał mnie, ale nie wiedział, gdzie mieszkam. Nie miałam wtedy telefonu. Miesiąc później dostałam telegram: “Tu wstrętny murzyn, jesteś wspaniała, wcale nie za gruba i nie za stara. I świetnie tańczysz”. Tańczyłam potem przez 4 lata w jego balecie.

Wraca pani do Polski na stałe?
Nie. Ale ja się tu pojawiam od dawna. Zresztą ja się lubię wszędzie pojawiać, życie spędzam w samolocie. Nawet powiedziałam kiedyś dzieciom, że jak umrę to, mają mnie nie zakopywać w Warszawie czy w Paryżu, ale spalić, a prochy wysypać gdzieś w niebie. - Matka przecież w samolocie nie można otworzyć okien. To co zrobimy? - pytał syn i zaraz sobie na to pytanie odpowiedział. - Wysypiemy cię przez sracz. Ja się zgodziłam i taką mamy umowę.

Ale chyba jest takie miejsce, gdzie czuje się pani jak w domu? To Paryż czy Warszawa?
Chyba tak, choć nie do końca. W Paryżu mówią, że jestem typową Polką, w kraju wszyscy twierdzą z kolei: Widać, że przyjechałaś z Francji.

Co mają na myśli?
Ja tego nie wiem, może mówią tak dlatego, bo mam czerwone włosy. We Francji może myślą, że wszystkie Polki mają czerwone włosy. A w Polsce uznają widocznie, że wszyscy we Francji tak wyglądają. Tak naprawdę najbardziej na swoim miejscu czuje się w Nowym Jorku. Tam nikt się niczemu nie dziwi. Można w zimie chodzić w kostiumie kąpielowym, a w lecie w futrze i nikogo to nie szokuje. Ale też nie chciałabym tam mieszkać na stałe. Ja lubię przyjeżdżać i wyjeżdżać, kocham zmiany....

cdn.

*Krystyna Mazurówna to legenda polskiego tańca. Karierę zaczynała w balecie Teatru Wielkiego w Warszawie, występowała także w Teatrze Syrena i Teatrze Żydowskim. W 1968 roku wyemigrowała do Francji, gdzie tańczyła m.in. w spektaklu Josephine Baker i układała choreografię dla Elysees Montmartre. Jest także felietonistką nowojorskiego magazynu "Kurier Plus".