Pewna kobieta poprosiła Caroline o autograf. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że dziewczynka miała wtedy niecałe trzy lata i nigdy nie trzymała w rękach długopisu. "Musiałam jej tłumaczyć, że mała nie umie jeszcze pisać" – wspomina niania córki JFK. Przywołana przez Jeudy’ego anegdota ilustruje fascynację i niemal religijny kult, jakim Amerykanie otaczali i otaczają rodzinę Kennedych.

Reklama

Francuski dokumentalista usiłuje zdekonstruować ten mit na współczesną modłę. Oddaje głos wykluczonym – dzieciom Johna Fitzgeralda, późniejszego prezydenta, Roberta, senatora i prokuratora generalnego, oraz Teda, także senatora. Cytując ich zapiski, wywiady i rozmawiając z ich opiekunami Jeudy kreuje daleki od idylli obraz intymnych relacji wewnątrz klanu, w którym każdy ma z góry ustaloną rolę do odegrania. Korzysta przy tym z poetyki tragedii greckiej. Rolę wszechmocnego tyrana pełni patriarcha dynastii Joseph Kennedy (1888 – 1969), milioner irlandzkiego pochodzenia, w latach prezydentury Roosevelta pełniący lukratywną funkcję przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych i Giełdy. Charyzmatyczny i bezwzględny ojciec założyciel z zimną krwią zaplanował ekspansję rodziny, która w Ameryce, pierwszym demokratycznym kraju na świecie, miała wyrobić sobie pozycję arystokratycznego rodu o niemalże monarszych uprawnieniach.

Do kariery politycznej wyznaczony był najstarszy z dziewięciorga rodzeństwa Joseph P. Kennedy. Kiedy pierworodny w wieku 29 lat zginął zestrzelony podczas drugiej wojny światowej nad Anglią, senior błyskawicznie wskazał zastępcę – Johna Fitzgeralda. Nie liczył się ze zdaniem bliskich. Upośledzoną córkę Rosemary wbrew rodzinie poddał zabiegowi lobotomii. Przeprowadzona w 1941 roku operacja się nie udała, Joe jednak osiągnął to, czego chciał. Niedorozwinięta 23-letnia kobieta trafiła do zamkniętego ośrodka, w którym spędziła resztę życia – zmarła w 2005 roku. Za drzwiami bez klamek przestała być uciążliwym balastem, który mógł zahamować nabierającą rozpędu karierę polityczną braci Johnny’ego, Bobby’ego i Teda. Opinia publiczna raz na zawsze straciła niepełnosprawną Kennedy’ównę z pola widzenia.



"Gdyby dziadek żył, zrobiłby ze mną to samo co z ciocią. Była przeszkodą podobnie jak ja, a takich ludzi usuwa się z fotografii" – napisał cytowany przez Jeudy’ego David, trzeci syn Roberta, na kilka lat przed śmiercią z przedawkowania. Wnuk był narkomanem, uosabiał słabość nie do wybaczenia. Kennedy musieli być creme de la creme narodu i reprezentować jego najlepsze cechy. Nawet za cenę kłamstwa i mistyfikacji tak jak w przypadku JFK, który skutecznie ukrył przed opinią publiczną swoje kłopoty z kręgosłupem i lekomanię. Jeudy sugeruje, że jego liczne romanse nie robiły wrażenia na seniorze, który je tuszował i usprawiedliwiał – w końcu jeśli się trzyma w objęciach najpiękniejsze kobiety Ameryki, na czele z Marylin Monroe, globalnym symbolem seksu i ikoną popkultury, to dla faceta, nawet żonatego i dzieciatego, jest to powód do chwały.

Cierpiały matki, żony i dzieci – przekonuje reżyser, marginalizując istotny udział Jackie Kennedy w kreowaniu legendy klanu. To przecież wdowa po JFK udzieliła słynnego wywiadu magazynowi "Life", w którym porównała męża do króla Artura, a robocze zebrania w Białym Domu do obrad rycerzy Okrągłego Stołu w zamku Camelot. To w dużej mierze dzięki jej zabiegom JFK dla milionów rodaków stał się postacią na poły mityczną i depozytariuszem amerykańskiego Graala.

Oparty na wielu materiałach archiwalnych dokument Patricka Jeudy’ego ogląda się jak przypowieść z pedagogicznym przesłaniem (chwilami nieznośnie moralizatorskim) o rodzinie, której liderzy zatracili się w pogoni za władzą i pozycją społeczną. Ich grzechy muszą zostać okupione – niczym w tragedii greckiej, za winy rodziców płacą dzieci.

NIESZCZĘSNY LOS KENNEDYCH | Planete | czwartek, godz. 20.45