"Gra o tron" jest jedną z największych produkcji HBO. Grający króla Roberta Mark Addy powiedział, że kręcenie serialu było jak realizacja trzech filmów pełnometrażowych z rzędu.
Reklama
Sean Bean: To rzeczywiście było olbrzymie przedsięwzięcie. Mieliśmy dwa plany zdjęciowe i dwie ekipy: jedną na Malcie, drugą w Irlandii Północnej, przede wszystkim w studiu filmowym w Belfaście. Nie było właściwie żadnych przerw: każdy dzień oznaczał kilkanaście godzin ciężkiej pracy. Pod wieloma względami było to trudniejsze nawet niż kręcenie "Władcy Pierścieni" – Peter Jackson miał dwa lata, żeby nakręcić trzy filmy. My zdjęcia do dziesięcioodcinkowej "Gry o tron" musieliśmy zrealizować w pół roku. To był bardzo ambitny, wymagający projekt. Praca nad nim przypominała nieco próbę opanowania gigantycznej ośmiornicy. Trzeba było skoordynować tak wiele rzeczy naraz, że czasami wydawało się nam to niemożliwe.
Czytałeś "Grę o tron", zanim zdecydowałeś się wystąpić w serialu?
Szczerze mówiąc, nie słyszałem o "Grze o tron", dopóki nie dostałem scenariusza. Dopiero potem przeczytałem książkę, która doskonale uzupełniła moją wiedzę na temat świata pokazanego w serialu. George Martin stworzył bardzo bogatą powieść, pełną detali, historii, wątków pobocznych.
To niesamowite, że udało się wiernie przenieść na ekran świat stworzony przez Martina, czytelnie pokazać różne społeczeństwa, religie, układy polityczne. I myślę, że na podstawie samego scenariusza aktorom nie udałoby się do końca wcielić w role. Spędziliśmy mnóstwo czasu na dyskusjach o tym, jak bohaterowei myślą, jakie są motywy ich działań – bez lektury "Gry o tron" nie dalibyśmy sobie z tym wszystkim rady. Podobnie było w przypadku adaptacji Tolkiena – książki były naszymi przewodnikami.
Oczekiwania fanów "Gry o tron" są chyba równie duże co w przypadku "Władcy Pierścieni".
Tak, czuliśmy tę odpowiedzialność. Ale już po pierwszym spotkaniu z producentami wiedziałem, że damy radę. Potem przeczytałem powieść i wydała mi się szalenie pasjonująca, niebezpieczna, seksowna. Poczułem się zaszczycony, że mogę wystąpić w tym serialu.
Fantasy nie jest dla ciebie nowością. Czy dzięki rolom we "Władcy Pierścieni" i "Czarnej śmierci" czułeś się lepiej przygotowany do "Gry o tron"?
Nie wydaje mi się, że rola Boromira we "Władcy Pierścieni" sprawiła, że lepiej pasowałem do roli Eddarda Starka w "Grze o tron", bo każda rola jest nowym wyzwaniem. Owszem, mam większe doświadczenie w fechtunku i jeździe konnej, ale to przecież o niczym nie świadczy. Podobnie jak doświadczenie w noszeniu peruki i brody.
Coś jednak sprawiło, że zdecydowałeś się tę rolę przyjąć.
Przede wszystkim trudno odrzucić taką propozycję. "Gra o tron" to jeden z tych projektów, o których od początku wiadomo, że warto się w nie zaangażować. Poza tym Ned Stark nosi świetne kostiumy.
A mówiąc szczerze, spodobało mi się, że to uczciwy, szczery bohater. Twardy, opanowany, przede wszystkim szczery. Trzyma się swoich zasad, jest wierny królowi Robertowi otoczonemu przez zdrajców. Jednocześnie gotów poświęcić wszystko dla dobra swoich dzieci. I na szczęście nie jest to bohater bez skazy. Ma swoje słabości i mroczne strony w swoim życiorysie, choć wcale ich nie ukrywa.



Większość bohaterów, których oglądamy w "Grze o tron", to postaci niejednoznaczne...
Tak, choć wydaje mi się, że Eddard Stark jest tu wyjątkiem. Do końca pozostaje prawy, szlachetny i uczciwy, mimo iż gotów jest popełniać zbrodnie w imię króla i rodziny. Rzadko gram takie postaci, dlatego m.in. zdecydowałem się wystąpić w "Grze o tron".
Właśnie, hollywoodzkie filmy przyzwyczaiły nas, że grasz głównie czarne charaktery albo przynajmniej bohaterów balansujących na krawędzi zła.
Bo ja uwielbiam grać złoczyńców. To znacznie większe aktorskie wyzwanie, pozwala lepiej wyrazić emocje, a poza tym to z reguły o wiele ciekawsze postaci. Wielu aktorów woli grać czarne charaktery niż herosów bez osobowości.
Ktoś zauważył, że zazwyczaj jak masz krótkie włosy, to grasz złoczyńcę, a jak długie, to bohatera.
Niech pomyślę... "Czas patriotów" – krótkie, "GoldenEye" – krótkie, "Skarb narodów" – nieco dłuższe, ale własne. To by się zgadzało. Jak zakładam perukę, staję się bardziej szlachetny.
A masz swój ulubiony filmowy czarny charakter?
Uwielbiam takie role w wykonaniu Johna Malkovicha, a zwłaszcza Roberta De Niro. Ale największą inspiracją były dla mnie zawsze role Jamesa Cagneya.
Zło ma w "Grze o tron" bardzo silną reprezentację. Czy poza powieścią coś inspirowało was szczególnie?
Najwięcej na ten temat pewnie mógłby powiedzieć David Benioff, który napisał scenariusz. Podczas rozmów z obsadą przyznawał, że wyobraża sobie wszystkie dworskie intrygi jako fantastyczny odpowiednik historii rodu Borgiów. Spiski, układy, zbrodnie, kazirodztwo, skrytobójstwa – "Gra o tron" kipi od emocji.
Ned Stark nie pojawia się w drugiej części powieściowego cyklu. Żałujesz, że nie będziesz miał okazji wrócić do tej roli?
Mam nadzieję, że będą kolejne sezony serialu, bo to znakomita opowieść i może stawać się tylko lepsza i lepsza. Ja jednak nie zdecydowałbym się na udział w kolejnych seriach. To był jeden z poważnych argumentów, które pozwoliły mi zdecydować się na tę rolę. Nie chciałem angażować się w projekt, który wymagałby ode mnie przywiązania przez wiele lat.
A jednak przez wiele lat regularnie występowałeś w filmach o Richardzie Sharpie, brytyjskim żołnierzu z czasów wojen napoleońskich.
Tak, ale te kręciło się szybciej – w rok potrafiliśmy zrobić trzy części. Poza tym miałem czas, by angażować się w inne produkcje. „Grze o tron” każdy z nas poświęcił pół roku życia bez przerwy. To była fantastyczna przygoda i naprawdę jestem dumny, że stałem się jej częścią, ale cały czas mam przed sobą nowe plany i pomysły.