Był najważniejszym polskim twórcą komiksowym czasów PRL-u. I to biorąc pod uwagę gigantyczną popularność "Tytusa, Romka i A’Tomka", rysowane w amerykańskim stylu albumy Jerzego Wróblewskiego i zachodnie sukcesy Grzegorza Rosińskiego. Bez fantastycznych historyjek stworzonych przez Janusza Christę polska kultura – nie tylko popularna – byłaby znacznie uboższa.

Reklama

W Polsce komiks zawsze uważany był za rozrywkę gorszego sortu. Traktowany jako rozrywka dla dzieci (i to tych niezbyt inteligentnych) komiks miał w Polsce Ludowej pod górkę, na szczęście czytelnicy złaknieni nowości niemal każdy album wykupywali na pniu.

Mogło zdarzyć się i tak, że Janusz Christa komiksem nie zająłby się w ogóle. Jeszcze w czasach szkolnych, które – jak wspomina – przypadły na lata, "gdy na kraj padł ponury cień wąsów Gruzina", został przyłapany na rysowaniu w zeszytach historyjek obrazkowych (i – co gorsza – nuceniu jazzowych przebojów) i zmuszony podczas szkolnego apelu do oficjalnego zerwania z imperialistyczną twórczością. Na szczęście wkrótce nadeszła odwilż, a Christa zajął się sztuką komiksu na poważnie. Jakby na przekór systemowi jednym z pierwszych komiksów, jakie opublikował na łamach pisma "Jazz", była obrazkowa opowieść o Louisie Armstrongu.

Od czasu debiutu w 1957 roku przez ponad trzydzieści lat Christa wymyślał barwne, fantastyczne, zabawne historyjki, powołując na świat najpierw marynarzy Kajtka i Koka, a później ich średniowieczne odpowiedniki: Kajka i Kokosza, wojów kasztelana Mirmiła.



Publikował na łamach "Wieczoru Wybrzeża", później w harcerskim piśmie "Świat Młodych", zdecydowanie podnosząc zainteresowanie czytelników oboma tytułami i generując przed kioskami Ruchu gigantyczne kolejki. Czytelników "ŚM" interesował wówczas jedynie publikowany na łamach gazety komiks – reszta pisma, w większości naładowana oficjalną propagandą, lądowała w śmietniku.

Christa wysyłał swoich bohaterów w najodleglejsze zakątki świata, a nawet w kosmos. Potrafił fenomenalnie bawić się literackimi gatunkami: od science fiction, poprzez fantasy, opowieść awanturniczą i przygodową, kryminał, sensację, po surrealistyczną komedię. Ukrywał w swoich pracach aluzje do systemu, ale nigdy nie pozwolił, by przysłoniły one istotę jego komiksów – znakomitą zabawę słowem i kreską.

Był przy tym rysownikiem wybitnym, drobiazgowym, z pietyzmem pracującym nad szczegółami każdego kadru. W Stanach Zjednoczonych albo Francji Janusz Christa stałby się bez wątpienia gwiazdą pierwszej wielkości.

Dokument "Christa" jest portretem artysty niepełnym. Gdyby chodziło o innego bohatera, oglądanie filmu bym Państwu odradzał: to dokument podręcznikowo wręcz nieudany, statyczny, źle nakręcony. Brakuje w nim wypowiedzi krytyków i historyków komiksu, a zwłaszcza młodszych rysowników – dzieła Christy miały na nich wpływ olbrzymi. Ale dla kilku scen warto z "Christą" godzinę spędzić: dla fragmentów archiwalnego wywiadu, paru ujęć z projektu pełnometrażowej animacji o "Kajku i Kokoszu", pokazu narysowanej przez artystę własnej wersji "Bitwy pod Grunwaldem" zamienionej w mecz koszykówki.

Nie dowiecie się Państwo z tego dokumentu wiele o Januszu Chriście. Ale dla wielu z Was może on być początkiem prawdziwej przygody z jego twórczością.

CHRISTA | Planete | sobota, godz. 21.45