Film Jonesa może wydawać się wręcz przeciwieństwem tego, do czego przyzwyczaiło nas w ostatnich latach kino science fiction. Nie ma tu spektakularnych efektów specjalnych, laserowych strzałów, kosmicznych ścigaczy i pojedynków z obcymi formami życia. "Moon" wraca bowiem do tego, co przed laty w filmach fantastycznonaukowych było najważniejsze: próby odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek.

Sam Bell (kolejna znakomita rola w dorobku Sama Rockwella) to zatrudniony przez korporację Lunar Industries pracownik, który samotnie przesiaduje w bazie księżycowej. Jego zadaniem jest nadzorowanie w pełni zautomatyzowanego wydobycia izotopu helium-3, służącego pozyskaniu czystej, nieradioaktywnej energii. Jedynym towarzyszem Sama jest robot GERTY (obdarzony głosem Kevina Spacey). Gdy czas trzyletniego kontraktu Bella zbliża się do końca, mężczyzna przypadkowo dowiaduje się, że jego pobyt na Księżycu nie jest do końca tym, czego się spodziewał, a jego szanse na powrót na Ziemię maleją do zera.

Można w filmie Duncana Jonesa odnaleźć wiele rozmaitych tropów kulturowych. "Moon" nawiązuje bowiem do takich klasyków science fiction jak "2001: Odyseja kosmiczna" Stanleya Kubricka czy "Solaris" Andrieja Tarkowskiego. Jest też hołdem złożonym przez reżysera jego ojcu Davidowi Bowiemu oraz stworzonej przez niego postaci astronauty Majora Toma. Są tu wreszcie egzystencjalne, niebanalne rozważania godne literatury Stanisława Lema i Arthura C. Clarke’a – czyli wszystko, o czym twórcy science fiction w ostatnich latach zapomnieli. "Moon" stał się istotnym elementem odrodzenia science fiction jako filmowego gatunku. I to odrodzenia dość niespodziewanego.


Wydawało się, że epoka kina SF, w którym efektowna akcja ustępowała moralnym dylematom bohaterów, minęła bezpowrotnie. Fantastyka naukowa stała się dla filmowców tematem czysto rozrywkowym. Filmy ambitne, skupiające się na psychologii postaci, a nie jedynie na wizualnych atrakcjach płynących z podboju kosmicznych przestrzeni, trafiały do kin coraz rzadziej. Wyjątki, takie jak nowa wersja „Solaris” wyreżyserowana przez Stevena Soderbergha czy "W stronę słońca" Danny’ego Boyle’a można policzyć na palcach jednej ręki. Ekrany należały raczej do "Facetów w czerni", a w najlepszym razie do "Matriksa".

Koniec dekady przyniósł jednak odrodzenie science fiction. Pojawiły się zarówno nisko budżetowe produkcje niezależne, takie jak "Moon" czy fenomenalny "Dystrykt 9" Neila Bloomkampa (nominowany do Oscara za najlepszy film roku), jak i wystawne superprodukcje, które – choć z nieco gorszym skutkiem – także poruszały istotne problemy. Można je bowiem znaleźć nie tylko w czysto rozrywkowym "Star Treku" J. J. Abramsa, ale także w "Avatarze". James Cameron uległ co prawda magii efektów specjalnych i żądzy pieniądza, jednak i jego wart miliardy dolarów hit stara się dotknąć kwestii tożsamości, odpowiedzialności, porozumienia, ekologicznej jedności ze światem. I pytania, jakie stawia Cameron, i odpowiedzi, jakich sam udziela, są mocno naiwne, ale to wciąż zakres tematyczny, który zdecydowanie wykracza poza obowiązującą w ostatnich latach w Hollywood średnią.


Z sukcesami sięgają po SF także europejscy filmowcy. Marc Caro, dawny współpracownik Jean-Pierre’a Jeuneta, zrealizował dwa lata temu filozoficzny thriller "Dante 01", którego akcja w całości toczyła się na kosmicznym statku więzieniu. Rok temu pierwszy – i od razu udany – film SF nakręcili Szwajcarzy: "Cargo" wyreżyserowane przez Ivana Englera to udana próba połączenia mrocznego nastroju thrillera fantastycznego z filozofią przynależną dziełom Stanisława Lema.

Polski mistrz science fiction wciąż zresztą filmowców inspiruje. Na podstawie jego prozy węgierski reżyser nakręcił obsypany nagrodami thriller „1”, a Niemcy przełożyli „Dzienniki gwiazdowe” na serial "Ijon Tichy: Raumpilot". Choć pewnie esencję Lemowskiej filozofii zdoła wycisnąć dopiero izraelski reżyser Ari Folman w przygotowywanej adaptacji "Kongresu futurologicznego".

MOON | reżyseria: Duncan Jones | Canal+ |

czwartek | 9 grudnia | godz. 20.00

niedziela | 19 grudnia | godz. 15.10