Po skandalu z pedofilią i molestowaniem w tle z serialem (a zapewne też z poważnym kinem) musiał się pożegnać odtwórca głównej roli i współproducent Kevin Spacey. Platforma streamingowa była ponoć nawet bliska decyzji o rezygnacji z emisji 6. sezonu. Ostatecznie uznała jednak, że serii, która była dla Netflixa przez lata sztandarowym produktem i pomogła w jego szybkiej popularyzacji, należy się godne zamknięcie. Karkołomny projekt niestety rozsypał się jak domek z kart.

Ostatni sezon serialu to pod wieloma względami w porównaniu do poprzednich przeciętny produkcyjniak, a nie zamknięcie jednego z najważniejszych seriali ostatnich lat. Największym problemem ostatniej serii jest to, że zatraciła ona realizm charakteryzujący poprzednie. O ile w pierwszych sezonach mogliśmy zachwycać się precyzją i cierpliwością, z jaką twórcy odzwierciedlali proces wdrażania przez polityków ustaw czy innych politycznych inicjatyw, o tyle w ostatnim przestała ich interesować realna polityka.

Stała się więc irytującym tłem, a nie głównym motorem napędzającym fabułę. Osią pierwszych sezonów były projekt kluczowej ustawy oraz polityczny awans Francisa Underwooda. Z kolei w centrum czwartego i piątego znajdował się fascynujący wyścig po prezydenturę. Nie sposób jednak wskazać, wokół jakiej dużej politycznej inicjatywy przebiegała kadencja Claire z ostatniej odsłony serialu. Polityka została tutaj potraktowana po macoszemu. Przykład? Sposób, w jaki twórcy przeprowadzili wątek wymiany całego gabinetu pani prezydent.

Scenariuszowe mielizny sprawiają, że trudno jest uwierzyć, że stawką serialu jest nadal prawdziwa władza i polityka. Willimon i spółka serwują nam problemy-wydmuszki, które są paliwem dla melodramy z udziałem głównych politycznych przeciwników. Odcinki wypełniają w dużej mierze rozgrywki pomiędzy osamotnioną Claire (która wydaje się nie mieć prawdziwych silnych sojuszników) i potężną finansową oligarchią, czyli rodziną Shepherdów. Mogłoby się wydawać, że to nierówna walka, gdyby po jednej stronie nie rywalizował Underwood… Twórcy serwują nam więc przydługie dialogi, przetasowania na politycznej szachownicy i psychologiczne dramaty. Jednym z wątków jest traumatyczna przeszłość Claire, którą poznajemy w retrospekcjach. Problem polega jednak na tym, że w serialu brakuje przestrzeni na psychologiczne pogłębienie i zniuansowanie postaci, więc wszystkie pokazane zewnętrzne i wewnętrzne rozterki Claire są mało angażujące.

Od początku było jasne, że bardzo trudno będzie wypełnić w serialu pustkę po Francisie Underwoodzie. To wokół jego postaci zbudowana była cała oś fabularna i dramaturgia serialu. Chociaż Robin Wright znakomicie sprawdza się w roli dystyngowanej i bezwzględnej prezydent, to czasu ekranowego, który wcześniej należał do charyzmatycznego Underwooda, nie udaje się wypełnić. Nie zabrakło na szczęścia smakowitych one linerów Claire. W jednej ze scen zwraca się bezpośrednio do kamery: „Nie wierzcie w nic, co powiedział wam Francis. Ja przekażę wam prawdę”. W innej przedstawia polityczne credo Underwoodów: „Prezydenci nie mogą być ludzcy, muszą wybierać”. Serialowi antagoniści, czyli rodzina Sheherdów jest stereotypowo i powierzchownie nakreślona. To wielcy biznesmeni, ale nie dowiadujemy się z serialu tak naprawdę nic o ich działalności. Głównym politycznym motywem 6. sezonu jest wpływ finansowej oligarchii na amerykańską politykę. Gdyby serial odzwierciedlał prawdę, to okazałoby się, że jedna rodzina trzęsie całym Białym Domem.

Widz musi szamotać się po scenariuszowych mieliznach. Jest ich całe mnóstwo, ale na pierwszy plan wysuwają się mało prawdopodobne efekciarskie rozwiązania oraz dziwaczne fabularne twisty. Do najsłabszych można zaliczyć sfingowanie zabójstwa jednej z głównych bohaterek, psychiczne załamanie Claire czy motyw testamentu Francisa. Poza tym w fabule gęsto ścielą się trupy ˗ jak w klasycznych slasherach o psychopatycznych zabójcach, brakuje tylko piły łańcuchowej.

Zamykający serię sezon ma przewrotnie feministyczny wydźwięk. Chociaż to Claire Underwood jest centrum serialowego wszechświata, a polityczną rzeczywistość otaczającą ją stanowią silne i niezależne kobiety, to jednak jest to nadal polityka w męskim wydaniu. Claire jest tak naprawdę uosobieniem wszystkich męskich cech w tej dziedzinie: chłodu, bezwzględności i makiawelicznej moralności. Trudno w jej przypadku mówić o wprowadzeniu nowej jakości do uprawiania tej profesji.

Chociaż zamknięcie "House of Cards" jest znacznie słabsze od poprzednich sezonów, to jedno się nie zmieniło. Serialowy świat wypełnia wylewający się z każdego kadru polityczny cynizm. Nie będzie happy endu.