Na swoim profilu na Facebooku, Paulina Młynarska podzieliła się z fanami tym, jak w przeszłości wyglądały jej Święta:

Reklama

Przez dwadzieścia lat urządzałam wigilie i awantury. Pucowałam, wybierałam pincetą (!) ości z karpia w galarecie po nocy. W amoku, pocie czoła, w przedświątecznym szale. Uważałam, że o jakości mojego życia rodzinnego zaświadczą równo ułożone serwetki, świece pod kolor i dania, że kapcie spadają ( a ja akurat potrafię gotować i się przy tym mordować). Na koniec zaś, kiedy wszyscy już poszli, a wokół zostały już tylko zmięte papiery po prezentach, w których buszował kot i góra naczyń do mycia, ryczałam ze zmęczenia i poczucia winy, że nie potrafiłam przy tej całej robocie być miła i uśmiechnięta dla dziecka. Biedny głupek.

W pewnym momencie, dziennikarka zrozumiała, że całą tę presję stwarzała sobie sama. Od tego czasu postanowiła wszystko zmienić:

Aż przyszedł dzień, w którym na malutkiej, niewymagającej targania z narażaniem się na wypadnięcie dysku, choince, powiesiłyśmy z córką jedną jedyną bombkę, bo więcej nam się nie chciało. I dałyśmy sobie po jednym małym prezencie i zjadłyśmy coś małego, a potem długo gadałyśmy o ważnych sprawach. Zasnęłyśmy oglądając " Mamma Mia!", a rano poszłyśmy na spacer po śniegu. I tak trzymam. Nie wiem już dziś co ja właściwie starałam się (i komu?) udowodnić, co właściwie świętowałam, poza własnym narcyzmem: patrzcie i podziwiajcie jaka to ja jestem pani perfect! To nie znaczy, że jestem przeciwna wystawnym świętom z pełnym wypasem. Jestem przeciwna robieniu ich kosztem ukochanych osób.