Anna Sobańda: W poprzednim sezonie TVP, teraz Polsat, skąd ta zmiana?

Robert Górski: A jak się pani wydaje?

Ja mogę się tylko domyślać

Trochę się pozmieniało generalnie. To jest, nie wiem, czy dobra, ale zmiana, a każda zmiana jest dobra, pod warunkiem, że na lepsze. Zobaczymy, co się tutaj wydarzy.

Ma pan poczucie, że w Polsacie może pan więcej?

Jest trochę przyjaźniej. W telewizji publicznej obecnie nikt nie wie, co się wydarzy za tydzień. Ciężko jest się tam z kimkolwiek na cokolwiek umówić, bo sam prezes nie wie, czy będzie prezesem za chwilę, a co dopiero jego podwładni. Ta niestabilność nie służy niczemu, ani sztuce, ani biznesowi, a przecież obie te rzeczy składają się na telewizję.

Czy w TVP wiadomo było, że z niektórych rzeczy żartować nie wolno.

Ja nie miałem żadnych dyrektyw, ale słyszałem, że one się pojawiły. To jest jeden z powodów, dla których jestem teraz w Polsacie. Chociaż nie jest powiedziane, że tutaj będzie kolorowo, bo przecież wszyscy się muszą liczyć z tym, co się dzieje, nikt nie istnieje osobno. Chcę jednak powiedzieć, że nie ma cenzury, bo w „Wiadomościach” TVP można powiedzieć wszystko i oni mówią wszystko to, co można powiedzieć. (śmiech)

Czy dla kabaretów to jest dobry czas?

Czas dla kabaretu jest znakomity. Patrząc na frekwencje na występach moich i moich kolegów widać, że ludzie są bardzo spragnieni kabaretu. Dziwię się, że telewizja publiczna im teraz tego odmawia. Ja miałem propozycję prowadzenia programu w TVP, ale z wielu różnych powodów, również tych organizacyjnych pomyślałem, że to się nie uda.

W Dwójce obecnie dyrektorem jest kabareciarz, Marcin Wolski, więc teoretycznie kabarety powinny mieć fory.

Powiem, jak trener piłkarski: Zobaczymy. Na szczęście mamy w Polsce demokrację i różne kanały telewizyjne. Może jest to wspaniała okazje, żeby pojawili się nowi ludzie, którzy rzeczywiście do tej pory z różnych powodów nie mieli szansy występowania. Publiczność oceni, co chce oglądać. Kabaretów w telewizji z pewnością było za dużo. Naszą największą bolączką było to, że przez te wszystkie powtórki kabaret spowszechniał, stał się dla wielu ludzi męczący.

Co pan sądzi o kabareciarzach, którzy żartują tylko z jednej opcji politycznej?

Uważam, że artysta kabaretowy, który opowiada się po jednej stronie, przestaje być artystą kabaretowym. Chyba że mamy do czynienia z totalitaryzmem, jak w czasach komuny, gdzie artysta wypowiada myśli ogółu. Laskowik z pewnością był artystą kabaretowym i jednocześnie bohaterem. Natomiast w dzisiejszej sytuacji, kiedy mamy demokrację, opowiedzenie się po jednej stronie zawęża krąg odbiorców. Każdy sam jednak decyduje o tym, co robi i czy chce popełnić artystyczne samobójstwo, czy też nie. Ja staram się mieć podobny dystans do wszystkiego, bo tylko wtedy kabaret ma sens.

Czy ma pan poczucie, że obecnie przez niektóre żarty może pan zamknąć sobie jakieś drzwi?

Czasami mam takie poczucie, ale generalnie mam to w nosie. Nie żyję z telewizji, żyję z występów dla publiczności w większych i mniejszych polskich miastach. Mam więc to szczęście bycia osobą niezależną.

Wspomniał pan, że ludzie chętnie oglądają dziś kabarety, ale czy chcą kabaretów o polityce?

Myślę, że tak. Co jakiś czas spotykam się z głosami rozczarowania po moich występach, że nie było w nich nic o polityce. Wbrew pozorom bowiem i mojemu wizerunkowi premiera, my w naszym programie estradowym nie mamy numerów stricte politycznych, jedynie o tę tematykę trącamy. Teraz pewnie będzie takich tematów coraz więcej, bo skoro nie da się w telewizji, to trzeba na scenie. Nie żyjemy w oderwaniu od publiczności, nie ignorujemy jej , jesteśmy wyrazicielami opinii ludu. Macamy, co ludzi śmieszy i to nas inspiruje. Jeśli więc ludzie chcą śmiać się z polityki, to naszym zadaniem jest zapewnienie im tego.