Z Krystyną Podleską rozmawiamy z okazji premiery książki "Dziewczyna Misia", będącej wywiadem, jaki z aktorką przeprowadziła Klaudia Iwanicka.

Anna Sobańda: Bycie "dziewczyną Misia" to błogosławieństwo, czy przekleństwo?

Krystyna Podleska: Absolutnie błogosławieństwo. Przypuszczam, że to mnie szalenie szufladkuje, ale mając na uwadze, ile mi "Miś" dał, byłoby grzechem mówić, że to przekleństwo.

Ale jednak kojarzona jest pani wyłącznie z Olą z "Misia"

Mam świadomość tego, że ta rola mnie zaszufladkowała, ale ja z tym nie walczę. Po "Misiu" faktycznie pojawiło się zainteresowanie moją osobą, dostawałam propozycję, ale przerwał to stan wojenny, który na kilka lat wykluczył możliwość grania w Polsce. W tym czasie w ogóle tutaj nie przyjeżdżałam, poza tym, kompletnie nie wypadało wówczas w niczym grać. Aktorzy, którzy grali w stanie wojennym byli bardzo napiętnowani w środowisku. Te 5 lat minęło, a ja straciłam impet. Dużo podróżowałam po świecie z ówczesnym mężem dyrygentem i moja kariera się rozmydliła. Nie wiem więc, czy grałabym więcej, gdyby nie "Miś", ponieważ mam wrażanie, że bardziej szufladkowało mnie to, iż się urodziłam w Anglii.

Jak to się stało, że jako urodzona, wychowana i mieszkająca na stałe w Wielkiej Brytanii aktorka, znalazła się panie w polskim kinie?

Mój ojciec przed wojną przyjaźnił się ze Stasiem Dygatem. W 1958 roku, kiedy w końcu mogliśmy bezpiecznie przyjechać do Polski, odwiedziliśmy rodzinę i tata odnowił tę relację. Oni obracali się w towarzystwie artystycznym, filmowo – teatralnym i ja to środowisko poznawałam. Kiedy byłam już po szkole teatralnej w Londynie, Stanisław Lenartowicz, który też przyjaźnił się z Dygatami, robił film o dziewczynie skrzypaczce, która przyjeżdża na festiwal Wieniawskiego i przy okazji szuka ojca Polaka. Potrzebowali do tej roli dwujęzycznej aktorki i tak znalazłam się w polskim kinie. Później Krzysztof Zanussi zaangażował mnie do filmu "Barwy ochronne", gdzie zauważyli mnie Stasie (Bareja i Tym) i zaproponowali rolę w "Misiu".

Od dziecka mówiła pani po polsku. Czy to rodzice dbali o to, by ich córka znała ojczysty język?

Tak, ale nie tylko oni. Również dziadek, który z nami mieszkał i po wojnie nie wrócił do ojczyzny. Ogromną rolę w moim polskim wychowaniu odegrała także moja ukochana pani Gebethner, która się mną opiekowała. To była starsza kobieta, uczestniczka powstania warszawskiego, która po wyzwoleniu z obozu niemieckiego trafiła do Londynu. Jako „displaced person” nie miała powrotu do Polski, została zupełnie bez niczego. Moi rodzice zaś dopiero ustatkowali się w obcym kraju, mieli duży dom. Pani Gebethner przyszła do nas jako lokator, wynajmowała pokój. Ja miałam rok, a moja siostra 4 latka i mama potrzebowała kogoś do opieki, ponieważ sama pracowała. Wówczas uznała, że to wspaniały pomysł by zajmowała się nami właśnie pani Gebethner. Ona była bardzo polska, przeżyła powstanie warszawskie, ale straciła ojczyznę. Tę miłość do utraconej Polski, ale też swojej rodziny, włożyła we mnie. Myślę, że miało to duży wpływ na moje wychowanie.

Czy pani zawsze czuła się Polką?

Właściwie tak. Wiedziałam, że nie jestem typową Angielką, choć kiedy chodziłam do angielskiej szkoły, spotykałam się z angielskimi przyjaciółmi, to byłam jedną z nich, dopiero po nazwisku orientowali się, że mam polskie korzenie. Czując się Polką, byłam jednocześnie bardzo angielska.

Dlaczego w pewnym momencie zmieniła pani nazwisko na Christina Paule?

Ponieważ powiedzieli mi, że z cudzoziemskim nazwiskiem nie zrobię kariery. Anglia była wówczas zupełnie inna, niż jest dzisiaj, nie była taka kosmopolityczna, była zamknięta na obcokrajowców. Dyrektor szkoły powiedział, że pod polskim nazwiskiem nie mogę występować, więc je zmieniłam. Chciałam zostać przynajmniej przy tych samych inicjałach, więc stałam się Christina Paule. Nigdy jednak się z tym dobrze nie czułam.

Jaka była londyńska Polonia, wśród której się pani wychowywała?

Miałam to szczęście, że była bardzo ciekawa. To nie byli ludzie, którzy wyjechali za chlebem, czy w poszukiwaniu przygód. To byli Polacy, którzy opuścili ojczyznę i musieli tam zostać. W wielu wypadkach to byli ludzie, którzy w Polsce coś już znaczyli. Jako patrioci, bardzo odczuwali utratę ojczyzny, często nie mogli się w Anglii odnaleźć. Wiele z tych osób egzystowała, przez lata nie znając angielskiego. Umożliwiała im to zżyta polska społeczność i funkcjonujące polskie sklepy, szkoły, bary, gazety, przychodnie.

Polonia nie integrowała się z Anglikami?

To starsze pokolenie absolutnie się nie integrowało, oni często nie mówili słowa po angielsku. Bardzo zależało im także, żeby kolejne pokolenia, które już tam się urodziły, pamiętały o Polsce.

Jak kolejne pokolenia reagowały na tę nostalgię rodziców, chciały kultywować polskość?

Różnie to wyglądało. Niektórzy moi rówieśnicy nie chcieli w ogóle mówić po polsku. Miałam koleżankę, której mamie bardzo zależało, żeby jej córka znała ojczysty język, ale ona była tak uparta, że nawet z matką nie chciała mówić po polsku, odpowiadała jej w języku angielskim. Miałam też koleżanki, które powychodziły za Anglików i swoich dzieci w ogóle nie uczyły polskiego.

Będąc dzieckiem odwiedzała pani wraz z rodzicami Polskę, jakie były wrażenia z tych wizyt?

Bardzo mi się podobało, ponieważ to był zupełnie inny świat. Mogłam znaleźć się w surrealistycznej rzeczywistości, która mnie bawiła, ponieważ jako dziecko, a nawet młoda dziewczyna, nie zdawałam sobie sprawy z tego ohydnego systemu. Anglia była zorganizowana, wszystko było tak, jak należy, a tutaj panowała totalna abstrakcja. Bawiło mnie to, bo nie zdawałam sobie sprawy z tej drugiej strony, nie widziałam, że ludzie mają w Polsce tak ciężkie życie. Nawet kolejki przed sklepem mnie bawiły, bo sama nie musiałam zdobywać w ten sposób różnych produktów, miałam paszport w kieszeni. A ponieważ Polacy na wszystko znajdowali sposób, myślałam, że nie jest im tak źle. Nie wiedziałam jednak, ile trudu i kombinacji za tym stoi.

Kiedy zaczynała pani grać w polskich filmach, przemysł filmowy był pod kontrolą socjalistycznych władz. Jak pani, jako Polka i jednocześnie Angielka była odbierana przez ten system?

Nie miałam żadnych problemów, nigdy nie byłam wezwana na jakąkolwiek rozmowę. Przypuszczam, że to dlatego, iż miałam obcy paszport, byłam obywatelem brytyjskim. Oni musieli wiedzieć, że jestem z emigracji i nie ma mowy, żebym poszła na jakąkolwiek współpracę. Podejrzewam, że im to nawet pasowało, bo mogli powiedzieć „proszę bardzo, nawet Angielka występuje w naszych filmach”. Pod tym względem mogłam być dla nich przydatna. Nigdy jednak nie miałam problemu z cenzurą, werbunkami, zawsze dostawałam wizy do Polski. Raz tylko, kiedy przyjechał jakiś reżyser z ZSRR i chciał, żebym zagrała w jego filmie, nie dostałam pozwolenia. To już było dla nich za dużo.

W książce napisała pani, że Bareja specjalnie obsadził panią w "Misiu", bo właśnie przez pani brak świadomości Ola była bardziej głupiutka, niż wyrachowana.

Wtedy już sporo wiedziałam, ale takie kompletne absurdy wciąż były dla mnie niezrozumiałe. Poza tym, ja mam w sobie trochę takiej roztrzepanej i zakręconej wariatki i im ten mój sposób bycia pasował. To, co inna aktorka musiała grać, u mnie było naturalne. (śmiech)

Czy na planie "Misia" zdarzały się takie absurdy, jak w scenariuszu?

Nie, to była ciężka praca z ciężką realizacją. W tamtych czasach warunki dla produkcji były trudne. Wszyscy byli bardzo skupieni, nie było lekkiej atmosfery na planie. W dodatku była wówczas strasznie ostra zima, a my mieliśmy dużo plenerów. To nie było przyjemne.

Ale pani miała swój piękny kożuch

Tak, to był mój prywatny kożuch, który kupiłam od koleżanki, aktorki z Londynu. Ona była jasną blondynką i uznała, że ten kolor jej nie pasuje. Kupiłam go więc za bardzo drobną cenę.

Ale improwizacje na planie się zdarzały, na przykład słynna scena z "taka jestem nieubrana".

Jestem taka roztrzepana, że zapomniałam, iż nie mam nic pod spodem. Chciałam być autentyczna, bo bardzo poważnie traktowałam wówczas swoje aktorstwo i chciałam zagrać, że taka jestem nieprzygotowana, ale zapomniałam, że nie mam nic pod szlafrokiem i tak wyszło. Oczywiście to ujęcie trafiło do filmu.

Czy grając w "Misiu" spodziewała się pani, że to będzie tak kultowy film?

Nie, absolutnie. Zagrałam w nim, wyjechałam do Anglii i zapomniałam. Nie zostałam nawet zaproszona na premierę, która odbyła się tuż przed stanem wojennym. Film przez tydzień był w kinach, później został zdjęty i przeleżał na półkach dekadę. Ja nawet nie widziałam, że on w ogóle był w Polsce później pokazany. Dopiero w latach 90. nagle ludzie zaczęli zaczepiać mnie na ulicy i pytać, czy grałam w "Misiu". Pamięta nawet, że gdzieś leciałam i dostałam od stewardessy zaproszenie do kokpitu kapitana, bo jestem aktorką z "Misia". Byłam w szoku bo jeszcze wówczas nie zdawałam sobie sprawy, do jakiego stopnia ten film stał się popularny. Dotarło to do mnie dopiero po pewnym czasie.

Kiedy w pani głowie pojawiła się myśl o przeprowadzce do Polski?

Kiedy komunizm upadł i wszystko się tu zmieniło. Kiedy mój trzeci mąż, który nienawidził komunizmu i tułał się po świecie, wreszcie chciał wrócić. Kiedy moi rodzice odeszli i Londyn stracił dla mnie swój urok. Mając 50 lat pomyślałam sobie: ile ludzi ma okazję zacząć życie od nowa w innym kraju? Ta zmiana była kusząca, bo nie tak radykalna. Gdyby chodziło o jakiś kraj, którego języka bym nie znała, może bym się zastanowiła, ale Polska była mi na tyle kulturowo bliska, że się nie wahałam.

Czy wówczas różnice między Polską a Wielką Brytanią były bardzo widoczne?

To były lata 90., różnica była, ale widać też było, że Polska nie jest już krajem komunistycznym. Był wolny rynek, wszystko się trochę ożywiło. Ja nie jestem ogromną zwolenniczką kapitalizmu, ale na razie to najlepszy system. Będąc młodą osobą buntowałam się przeciwko kapitalizmowi, materializmowi, Ameryce itd. Dzisiaj też mi się dużo rzeczy w kapitalizmie nie podoba, ale czy odpowiedzią jest komunizm? Uważam, że nie. Musi być wolny rynek, żeby kraj prosperował. To potworne zakłamanie komunizmu było nie do zniesienia. Zresztą dziś powoli zmierzamy w podobnym kierunku. Ja jestem bardzo krytyczna wobec obecnego rządu. Najbardziej boli mnie to, że oni kłamią. Takie rządy są niebezpieczne.

Czy obecnie czuje się pani w Polsce jak u siebie w domu?

Tak, choć wciąż jestem bardzo kosmopolityczna. Uwielbiam podróże, poznawanie innych kultur, innego podejścia, innej codzienności.

Czy to znaczy, że Polska to nie jest ostatnie miejsce?

Cały czas powtarzam, że na stare lata chcę mieszkać w ciepłych krajach. Tymczasem stare lata nadeszły, a ja dalej tam nie mieszkam. (śmiech) Wszystko przez mojego męża, który w tym wieku zdecydował, że chce stworzyć teatr. Po 13 latach w końcu go stworzył, jest w nim dyrektorem i to on zatrzymuje mnie w Polsce. Trochę się mijamy, bo ja uważam, że już zrobiłam co swoje i pora odpocząć, a on właśnie teraz musi realizować swoje ambicje.

Jest jeszcze coś, co chciałaby pani osiągnąć zawodowo?

Kocham mój monodram i póki go gram, jestem spełniona. Wiem jednak, że kiedyś to się skończy i zastanawiam się, co wówczas będzie. Nie mam już tego, co miałam jako młoda aktorka, czyli tego niepokoju za każdym razem, gdy nie masz pracy, walki o kolejne role, przejmowania się odrzuceniem na castingach. Teraz jestem spokojna, mam z czego żyć, jestem minimalistką, nie potrzebuję wielu materialnych rzeczy do szczęścia. Nie interesuje mnie bycie celebrytką, interesuje mnie prawdziwe życie.