Anna Sobańda: W filmie "Ekscentrycy" wciela się pan w postać jezzmana. W autobiografii napisał pan zaś, iż sam na pewnym etapie życia rozważał zawód muzyka. Czy to miało wpływ na przyjęcie tej roli?

Maciej Stuhr: Ja tyleż się wywodzę z rodziny aktorskiej, co muzycznej. Moja mama całe życie była zawodową skrzypaczką i początkowo szedłem w jej ślady. Mimo, iż dość szybko zrozumiałem, że zawodowym muzykiem nigdy nie będę, to 8 lat w szkole muzycznej w dużym stopniu ukształtowało moją wrażliwość i spojrzenie na świat. A więc oczywiście przeczytanie scenariusza, jaki zaproponował Janusz Majewski, spowodowało, że odżyły we mnie wszystkie wspomnienia, jak to jest sprawiać muzyką radość, przekazywać swoje uczucia za pomocą dźwięków. Tak więc muszę powiedzieć, że ten film stał się spełnieniem moich muzycznych marzeń. Granie na puzonie, z którym nigdy nie miałem nic wspólnego, pośpiewanie paru piosenek, potańczenie. Jednak największą frajdę sprawiło mi dyrygowanie big bandem. Moc kilkunastu dętych instrumentów przed sobą, we wspaniałej, swingowej odsłonie, która rusza na twój znak. Nie ma niczego bardziej romantycznego.

Uczył się pan dyrygowania by przygotować się do roli?

Oczywiście, bez tego by się nie udało. Trzeba było sporo lekcji w tym filmie odrobić. Z puzonem nie miałem nigdy do czynienia, więc była to nauka naprawdę od zera, choć szkoła muzyczna pomaga w budowaniu wyobraźni muzycznej. Dyrygowanie big bandem też było wyzwaniem. Potrafię taktować, mam poczucie rytmu, ale nie wiem, jak się dyryguje. Dlatego Wiesław Pieregorólka, autor wielu aranżacji do tego filmu, pokazywał mi w zasadzie gest po geście, co trzeba wykonać w danym momencie. Te sceny jemu absolutnie dedykuję, bo bez jego pomocy bym sobie nie poradził.

Opisując swojego bohatera powiedział pan, że na oczach widzów przeistacza się on z muzyka, w artystę. Jak pan rozumie różnicę między muzykiem i artystą?

Muzyk odtwarza dźwięki, to co jest zapisane, próbuje przekazać to, co wymyślił kompozytor. Artysta, za pomocą muzyki, napisanej przez kogoś innego, potrafi wyrazić uczucia i tymi uczuciami zarazić innych. Myślę, że mój bohater, który zakochuje się w trakcie tej historii, muzyką zaczyna wyrażać swoją miłość i wtedy staje się artystą. Ta muzyka zaczyna sublimować dźwięki wypływające z instrumentów.

Czy film „Ekscentrycy” jest próbą odczarowania stereotypu na temat szarych, siermiężnych czasów PRL?

Mamy wyobrażenie na temat lat 50-ych w Polsce, ukształtowane po pierwsze przez to, jakie fakty z historii znamy o tamtych czasach. Przeważnie są to fakty bolesne, smutne i tragiczne. Po drugie, co się trochę z tym wiąże, nasze wyobrażenie kształtują film i literatura, które również opowiadają o ciężkich i tragicznych losach. Tymczasem w tamtym okresie żyli ludzie, którzy mieli swoje smutki, ale mieli także swoje radości. Zakochiwali się, mieli płomienne romanse, śmiali się do rozpuku i mieli w tym niewesołym czasie najwspanialszy okres swojego życia. Z tej właśnie perspektywy opowiadamy tę historię, która mam nadzieję, dopełni obrazu tych lat w polskim kinie. Takiej cegiełki brakowało. Tu tylko między wierszami możemy domyślać się, jak trudno było niektórym bohaterom, ale nie o tym jest ta historia. Ta historia jest o tym, jak dobrze może być na świecie, nawet kiedy świat jest zły.

Ale bohaterowie, którzy są muzykami, w tamtym czasie nie mieli łatwo, choćby z tego powodu, że jazz był uważany za muzykę zgniłego zachodu. Czy zgodziłby się pan z opinią, że w tych trudnych czasach zakazów i cenzury, artyści wykazywali się większą kreatywnością, by uniknąć ograniczeń i przekazać odbiorcom swoje przesłanie?

Oczywiście, ponieważ w założeniu bycie artystą zakłada brak pokory. Im bardziej mówi się artyście, co ma robić, w jaką stronę tworzyć, tym bardziej on się będzie przeciwko temu buntował. Im bardziej nie będzie mu się na swobodną twórczość pozwalać, tym ciekawsze on będzie wymyślał sposoby, by omijać te zakazy. Dziwię się, że tyle tysięcy lat historii polityków tego nie nauczyło.

Czy pana bohater również walczy z cenzurą i nakazami polityków?

Jeżeli Fabian jest postacią walczącą, to jego orężem jest uśmiech i klasa. Im bardziej świat robi wszystko, żeby mu ten uśmiech zniknął z twarzy, tym bardziej on jest zdeterminowany do tego, żeby się uśmiechać. Ta filozofia jest mi niezwykle bliska. Poradzę sobie, będzie dobrze, chociaż wszyscy mówią, że będzie źle.

"Ekscentrycy" to komedia. Wierzy pan w sukces tego filmu, mimo iż w polskim kinie komedie nie mają w ostatnim czasie dobrej passy?

Rzeczywiście coś niedobrego stało się w polskim kinie, które słynęło z komedii. Komedie sprzed 30, 40 czy 50 lat pamiętamy, znamy na wyrywki, a ostatnimi czasy, twórcy mają ogromny kłopot z rozśmieszaniem ludzi. Wydaje mi się, że największy problem jest na poziomie scenariusza. Któż inny jednak, jak nie Janusz Majewski, twórca jednej z najbardziej kultowych polskiej komedii wszech czasów, czyli „CK Dezerterzy” miałby zrobić dziś komedię. Oczywiście mamy obecnie inny czas, inny świat, dlatego trudno jest mówić o jakieś recepcie na dobry humor padający z ekranu. Myślę jednak, że „Ekscentrycy” są tutaj dobrym, chwalebnym przykładem tego, że można na poziomie rozśmieszać widzów.