Dziennikarze "Faktu" podpatrzyli, jak mąż Marty Kaczyńskiej dzielnie taszczy ciężkie przedmioty wyposażenia domowego. Nieźle się spocił, nosząc do samochodu telewizor, a potem zwinięty w rulon, pokaźnych rozmiarów dywan i kilka pudełek. Na szczęście auto ma dosyć spore i wszystko jakoś udało się w nim upchnąć - relacjonuje "Fakt".

Reklama

Kiedy pan Dubieniecki uporał się już z załadunkiem, żwawo pobiegł po żonę i pomógł jej nieść rzeczy najmłodszego dziecka, półrocznej córeczki, Martynki. Po chwili oboje już jechali załadowanym po brzegi samochodem. Z Sopotu, w którym mieszkają, udali w kierunku Gdańska - donosi bulwarówka.

Strzeżone osiedle, na teren którego wjechali po kilkunastu minutach podróży, aż pachniało nowością. Uwagę zwracały przystrzyżone równiutko trawniki, kostka brukowa pod każdym blokiem i czyściutkie mury pięknych budynków. W takich warunkach aż chciałoby się pomieszkać - zachwyca się "Fakt".

"Nie przyjechaliśmy tam się przeprowadzać" - zaprzeczył "Faktowi" Marcin Dubieniecki. Ale nie chciał zdradzić, jaki cel miała jego tajemnicza wyprawa z żoną.

Możemy tylko się tego domyślać. Na popołudniową kawkę u znajomych raczej nie zabiera się ze sobą własnych dywanów i telewizora. Chyba że przywiązanie do tego typu przedmiotów nie pozwala ludziom zostawiać ich w domu. Tak czy inaczej, nawet krótka wizyta na nowoczesnym osiedlu pozostawia w człowieku bardzo miłe wrażenie - czytamy w "Fakcie"