"Żółte drzwi, Wilmslow" - tylko taki adres był na pewnej kartce pocztowej. Jednak listonosz, Paul Gardiner, nie poddał się. Tak długo chodził po całym miasteczku, aż adresata odnalazł.
"To był prawdziwy test dla mojej znajomości miasta" - śmieje się listonosz.
Nawet przez chwilę nie pomyślał, by kartkę wyrzucić. Bo przecież korespondencja to rzecz święta i - według tradycji brytyjskiej poczty - każda przesyłka musi być doręczona. Dlatego Gardiner nie uważa się za bohatera. Spełnił tylko swój obowiązek.
Kartkę wysłali koledze Anglicy, którzy bawili się w Krakowie. Ciekawe tylko, czy gdyby Polak wysłał podobnie zaadresowaną kartkę, tyle że do Warszawy, też by doszła...
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|