Anna Sobańda: "Dzień Dobry TVN" czy TVN24 - gdzie czuje się pan bardziej u siebie?

Piotr Kraśko: Uwielbiam to połączenie. W TVN24 BiS codziennie mówimy o tym, co jest pasją mojego życia od lat, czyli o wydarzeniach na świecie. Co oznacza, że nasz program jest dość nieprzewidywalny. Zdarza się, że tuż przed albo nawet w trakcie, zmieniamy cały jego układ z powodu tego, co akurat w tej chwili się wydarzyło. W "Dzień Dobry TVN" zaś od 7:30 do 11:00 mówimy o tym, o czym rozmawiają Polacy po powrocie z pracy do domu - czasem o wielkich wydarzeniach w Polsce i na świecie, ale najczęściej o tych drobnych-wielkich rzeczach, z których składa się też nasze życie - do której szkoły powinny pójść nasze dzieci, co powinny jeść, do jakiego lekarza pójść, gdzie pojechać na wakacje, czy jak zaoszczędzić na rachunkach za wodę i prąd.

W "Dzień Dobry TVN" różnorodność tematów jest ogromna. Nie odnosi pan wrażenia, że niektóre z nich nie są warte tego, by poświęcać im uwagę na antenie?

Nie przypominam sobie takich sytuacji. Czasami zdarzają się tematy, które są dla mnie odkryciem. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie wizyta w studio Red Lipstick Monster, której wcześniej nie znałem, a tymczasem na Instagramie podążają za nią setki tysięcy oddanych wielbicieli. To fascynujące, jak udało jej się to osiągnąć. Oczywiście są tematy mi bliższe i dalsze, ale nawet znawca fizyki kwantowej czy japońskiego teatru kabuki musi czasem zderzyć się z tematem szczepień przeciw grypie, plagą komarów, nowymi zasadami logowania się do konta w banku, jego babcię ktoś właśnie usiłował okraść metodą "na wnuczka", a klasę jego dzieci terroryzuje Stasiek, z którym nie radzą sobie ani jego rodzice, ani szkoła. Są chwile, gdy te sprawy są ważniejsze niż odkrycie bozonu Higgsa.

Zapraszanie celebrytów czy influencerów w roli ekspertów to dobry pomysł?

Byłbym ostrożny z zapraszaniem celebrytów do rozmowy na absolutnie każdy, dowolny temat. Oczywiście ma to sens, jeśli mówimy o ich pracy albo własnym życiowym doświadczeniu. To, że rodzice są znani, nie oznacza, że nie mogą mieć wspaniałych porad dotyczących wychowania dzieci, albo odwrotnie – popełnili błędy, przed którymi innych chcą przestrzec. Ale jeśli zmierza pani do tego, że nie każdy z nas jest ekspertem np. w sprawie energetyki jądrowej i do rozmowy o budowie takiej elektrowni w Polsce lepiej jednak zaprosić znawcę - to w pełni się zgodzę. Tyle że nie jest to tylko nasz polski problem. Powiem więcej, nie jest u nas najgorzej. Tuż przed jednym z kluczowych głosowań w Izbie Gmin oglądałem jedną z brytyjskich stacji telewizyjnych, która wpadła na pomysł (nie była to BBC), żeby wysłać reportera do pubu. Nadawano dziesięciominutową rozmowę prowadzoną przy stole zastawionym kuflami piwa na temat wad i zalet wyjścia z Unii bez umowy. Jedni mówili, że są za, bo nic złego to nie oznacza, inni, że dojdzie do katastrofy. Reporter podziękował za wymianę zdań, z której nic nie wynikało, po czym przeniesiono się do parlamentu i podano wyniki głosowania. Kłopot w tym, że widzowie nie mieli nawet najmniejszej szansy dowiedzenia się, które ze zdań uczestników dyskusji poparte były jakimikolwiek rzetelnymi argumentami, a które nie. Szwajcarzy przeprowadzają referendum w prawie każdej ważnej sprawie, ale wcześniej obywatele dostają ogromny pakiet informacji na ten temat, państwo robi wszystko, co może, by świadomie podejmowali decyzje. Dramat Wielkiej Brytanii polegał na tym, że ludzie decydowali o czymś, o czym nie mogli mieć pojęcia. Wyjść z Unii można na setki możliwych sposobów, tymczasem bardzo skomplikowany proces zamknięto w jednym słowie brexit, którego nawet Boris Johnson ani Nigel Farage nie pofatygowali się zdefiniować, bo nie wierzyli, że w głosowaniu wygrają.

W Polsce dzieje się podobnie. Polacy czerpią wiedzę na ważne tematy z wypowiedzi osób, które nie są ekspertami, ale z jakichś powodów potrafią przebić się ze swoim przekazem.

Internet zmienił wszystko. Jeżeli odłożymy na bok manipulacje, do jakich dochodzi czasem w "starych mediach", decyzje dotyczące tego, jak mówić o danym temacie, podejmowane są na kolegiach redakcyjnych. Cały zespół zastanawia się nie tylko nad tym, o czym, ale także w jaki sposób mówić, jakich ekspertów zaprosić, jakie dane, jakie statystyki i materiały archiwalne przygotować. Mówię o rzetelnej pracy redakcyjnej, nie o propagandzie. W internecie zaś każdy może założyć bloga i pisać w nim, co mu się żywnie podoba. Kiedyś rozmawiałem na ten temat z Umberto Eco i nie doceniłem wówczas tego, co powiedział. Przekonywał, że w szkołach powinny być osobne zajęcia uczące młodych ludzi umiejętności korzystania z internetu i weryfikacji treści. Kłopot w tym, że jeśli nie jesteśmy w czymś ekspertami,to blog noblisty będzie wydawał się tak samo wiarygodny, jak kompletnego amatora. Cały ruch antyszczepionkowy zaczął się od głupot wypisywanych przez "naukowca", który przyznał się po wielu miesiącach do błędu, ale to już mało kogo obchodziło, a konsekwencje w jakimś sensie ponosimy wszyscy.

Czy pana zdaniem każdy powinien mieć prawo do tego, by przedstawiać swoje racje w mediach?

Nie. To trochę tak, jakbyśmy tocząc dyskusję na temat Holokaustu stwierdzili, że wypada też przedstawić racje faszystów. Brytyjski "Guardian" zdecydował, że nie oddaje głosu tym, którzy przeczą naukowym faktom na temat kryzysu klimatycznego. Nie ma bowiem na świecie żadnej instytucji naukowej, która twierdziłaby, że człowiek nie ma wpływu na zmiany klimatu. Udzielanie głosu osobom, które nie są naukowcami, a opowiadają głupoty na ten temat, niczemu nie służy. Możemy mieć różne opinie, ale nie możemy mieć różnych faktów.

W dziennikarstwie możemy jeszcze mówić o obiektywizmie?

Tak, choć proste doświadczenie wzrokowe może temu przeczyć. Po raz kolejny odkładam na bok polskie doświadczenie, bo musielibyśmy mówić o świadomej manipulacji i propagandzie. Ale proszę spojrzeć na na Sky News i BBC, a będzie się miało wrażenie, że mowa jest o dwóch różnych krajach. Fox News i CNN też pokazują dwie różne Ameryki. Ale dziennikarze wszystkich tych stacji zapewnialiby panią, że swoją pracę wykonują z największą możliwą starannością i przedstawiają rzetelne informacje. Co więcej - w większości wypadków tak jest. Kłopot w tym, że ten sam kraj wybrał Obamę i Trumpa, co teoretycznie powinno się wykluczać.

Ogląda pan czasem TVP?

Bardzo rzadko. Szokującym jest dla mnie, kiedy słyszę, co mówią ludzie, których znam od naprawdę wielu lat. Czasem w ogóle ich nie poznaję, bo wciąż pamiętam, co mówili kiedyś i nie bardzo wiem, jak się teraz odnajdują w zupełnie innej opowieści.