Policjanci wdzierają się do mieszkania. Szukają dziewczynki, która, podobnie jak poprzednie ofiary porywacza, została zamknięta w szczelnym pojemniku. Właśnie kończy się jej tlen. W innym miejscu miasta detektyw John Luther ściga porywacza. Chce od niego wyciągnąć informacje o dokładnym miejscu przetrzymywania dziewczynki. Po walce porywacz zawisa nad przepaścią. Luther, zanim mu pomoże, chce uzyskać informacje, które uratują dziecko. Porywacz w końcu zdradza miejsce kryjówki, koledzy Luthera ratują dziewczynkę, a detektyw... pozwala przestępcy spaść w przepaść.

Pierwsza scena z rozpoczynającego serię „Luther” odcinka doskonale opisuje tytułowego bohatera. Gliniarza, który dla sprawy gotów jest posunąć się do skrajnej brutalności.

Podobieństwo detektywów

Twórca serialu BBC Neil Cross powiedział w jednym z wywiadów, że wymyślając Luthera, inspirował się Sherlockiem Holmesem i Columbo. Jego detektyw potrafi trafnie dedukować, jak jego poprzednicy – zarówno ten z fajką, jak i ten w zużytym płaszczu – ale zachowuje się zupełnie inaczej. Nie jest taktowny jak Columbo ani elegancki i spokojny jak Holmes. Luther potrafi rozwalić drzwi, przy których stoi, jeżeli rozmowa ze świadkiem albo podejrzanym nie idzie po jego myśli. Jest porywczy, wybuchowy i nieprzewidywalny. Słusznie jeden z jego policyjnych kolegów nazywa go nitrogliceryną. Luther to nie jest też żartowniś na miarę Shafta albo Johna McClaine’a. Swoich rozmówców traktuje ostro i bezwzględnie. Potrafi co prawda przyznać się do błędu albo swojej niewiedzy. Mówi na przykład: „Lubię rozmawiać o niczym, to jedyna rzecz, o której coś wiem”. Zrobi jednak wszystko, by udowodnić, że ma rację. Nawet jeżeli wiąże się to z łamaniem prawa. Bliski jest tu też naginającemu przepisy Kurtowi Wallanderowi. Włamuje się do mieszkań, by je przeszukać, wymusza zeznania.

Mroczna realizacja

Siłą serialu „Luther” są dialogi. Akcja nie toczy się dzięki strzelaninom i pościgom. Ich fani mogą być zawiedzeni. Serial trzyma tempo dzięki świetnym dialogom: krótkim, treściwym, dosadnym. Wyjątkowe są sceny przesłuchań. To świetnie poprowadzone pojedynki słowne przesłuchiwanego z przesłuchującym. Pełne napięcia są też rozmowy Luthera z żoną, która chce od niego odejść.

Każdy odcinek zaczyna się drastycznymi scenami zbrodni. Luther szybko wpada na trop przestępcy. Akcja skupia się więc nie na szukaniu winnego, a na udowodnieniu winy konkretnej osobie. Co ciekawe, bohaterowie poszczególnych odcinków, także przestępcy, przewijają się przez kolejne części serii. Twórcy serii dobrze oddają w niej sposoby pracy policji. O ich dobrym przygotowaniu do pracy nad serialem świadczą drobne, ale ważne niuanse. Na przykład ten, że na miejscu zbrodni funkcjonariusze chodzą z rękoma w kieszeniach, żeby nie dotknąć jakiegoś przedmiotu, co popsułoby pracę grupie zbierającej ślady. Dzięki takim drobiazgom bardziej wierzymy w to, co widzimy na ekranie. Dobry, surowy, prawdziwy klimat budują też zdjęcia. Nie przesłodzone i pełne kolorów, a wyblakłe i niepokojące. Pasuje do tego klimatu wykorzystana w serialu muzyka Massive Attack.

Aktorskie pojedynki

Idris Elba w roli głównej to kolejny atut serii. Mogliśmy go wcześniej oglądać w serialu „Prawo ulicy”, w filmach „American gangster” Ridleya Scotta i „Thor” Kennetha Branagha. Elba jest w „Lutherze” pociągający, bo nie jest oczywisty. Ciężko go polubić. To znakomity detektyw, ale nieprzewidywalny, brutalny człowiek. Pełne aktorstwo Idris pokazuje w mocnych, emocjonalnych dialogach. Z żoną Zoe (Indira Varma) – na granicy wybuchu; z chorą umysłowo, podejrzaną o zabójstwo rodziców Alice (Ruth Wilson) – podszyte erotyką. Elba zasłużenie otrzymał nominację do Złotego Globu, Emmy i Satelity.

„Luther” to serial brutalny, świetnie zagrany i wciągający. Zupełnie jak jego szwedzcy poprzednicy (Wallander, „Inspektor Irene Huss”, „Komisarz Winter”), którymi przez ostatnie miesiące karmiło nas Ale kino! Tyle tylko, że chłodną Szwecję zastępuje nam tu równie chłodny Londyn.

LUTHER | Ale kino! | niedziela, godz. 20.10