Otworzyłem scenariusz na drugiej stronie, na scenie w gabinecie dyrektora szkoły, i pomyślałem: „Cholera, to brzmi znajomo” – opowiadał Aaron Johnson o pracy nad filmem „John Lennon. Chłopak znikąd”. I choć przyznawał, że ta rola była dla niego poważnym wyzwaniem, to w postaci Bitelsa odnalazł cząstkę siebie. Bo Johnsonowi dobrze wychodzą zbuntowani, kontestujący rzeczywistość młodzieńcy.

Grany przez Aarona Lennon jest jednym z wielu nastolatków zachłystujących się rock’n’rollem i wolnością, jaką niesie tworzenie muzyki, jednak wciąż nieświadomym siebie i uwikłanym w trudną rodzinną historię. „Przygotowania do roli polegały między innymi na nauce gry na gitarze oczywiście, ale też na próbie wczucia się w sytuację nastolatka z tamtych czasów. Zacząłem oglądać rzeczy, które mógł wówczas oglądać John. Programy, zdjęcia, filmy – wszystko, co mogło być wówczas dla niego inspiracją. Patrzyłem, jak trzymali gitarę i ruszali biodrami Elvis, Eddie Cochran czy Buddy Holly, bo John też naśladował właśnie ich” – opowiadał Johnson.

Rola w filmie brytyjskiej reżyserki Sam Taylor-Wood okazała się dlań ważna nie tylko ze względu na przełom w karierze (otrzymał za nią m.in. nagrodę Empire dla najlepszego debiutanta), lecz także ze względów osobistych. Młodziutki aktor zaręczył się ze starszą o 23 lata Sam. Para obecnie spodziewa się już drugiego dziecka.

Rolą Lennona u progu wielkiej kariery Johnson podbił serca krytyków, publiczność zdobył zaś występem w adaptacji komiksu „Kick-Ass”. Jako niezdarny młodzian, usiłujący wcielić w życie superbohaterski mit, wzbudza zarówno śmiech, współczucie, jak i szacunek dla swojej determinacji i wierności przekonaniom. „Mój bohater Dave Lizewski, nawet przebrany za Kick-Assa, jest nadal Dave’em Lizewskim: dzieciakiem, który uwielbia czytać komiksy. Jest bardzo wytrwały i pełen autentycznej pasji. Dlatego publiczność tak go lubi i odnajduje się w nim” – mówił Johnson o swojej postaci. Niskobudżetowy, nakręcony za własne pieniądze przez reżysera Matthew Vaughna (prywatnie męża Claudii Schiffer) film okazał się hitem, zarabiając blisko 100 mln dolarów. Już trwają przygotowania do kontynuacji, choć Aaron początkowo nie był przekonany do pomysłu kręcenia sequela: „Nie chciałbym, by Lizewski się zmieniał. Gdyby miał powrócić jako jakiś pieprzony Arnold Schwarzenegger, to byłoby to strasznie głupie” – tłumaczył aktor. Miejmy nadzieję, że „dwójka” zachowa nonkonformistycznego ducha pierwszej części.

Po dwóch tak zróżnicowanych i tak dobrych kreacjach aktorskich kolejne atrakcyjne oferty nie kazały na siebie długo czekać. W przyszłym roku zobaczymy Aarona na ekranie w nowej adaptacji „Anny Kareniny” w reżyserii Joe Wrighta („Duma i uprzedzenie”, „Pokuta”) według scenariusza Toma Stopparda. Zagra oczywiście hrabiego Wrońskiego, zaś partnerować mu będzie ulubiona aktorka reżysera – Keira Knightley. W tej chwili Johnson znajduje się na planie nowego filmu Olivera Stone’a na podstawie kryminału Dona Winslowa „Savages”. Tym razem przyjdzie mu się zmierzyć na ekranie z tuzami, takimi jak Benicio Del Toro, Uma Thurman i John Travolta. Bez obaw, na pewno nie zginie w tym sławnym tłumie.

Na razie udało mu się zdeklasować Orlando Blooma, którego zastąpił u boku Glenn Close w wyprodukowanym przez nią „Albercie Nobbsie” – XIX-wiecznym dramacie kostiumowym na podstawie sztuki pod tym samym tytułem, który miał premierę podczas tegorocznego festiwalu w Toronto.

21-letni Brytyjczyk ze świdrująco-niebieskim spojrzeniem i ekranową charyzmą porównywalną z młodym Marlonem Brando z całą pewnością płynie teraz na fali wznoszącej. Johnson, doskonale wyczuwając moment, już przybiera piórka gwiazdy i zapytany, czy ma jakiegoś aktorskiego idola, na którym się wzoruje, odrzekł rezolutnie: „Chcę być tylko sobą. Nie jakimś innym aktorem”. Tak właśnie zostaje się idolem.

JOHN LENNON. CHŁOPAK ZNIKĄD | HBO | sobota, godz. 20.20