Najpierw w sieci pojawiły się szokujące filmiki. Wyraźnie pijany lub naćpany, a do tego brodaty, gruby i zapuszczony Joaquin Phoenix spada ze sceny podczas kiepskiego hiphopowego występu w Las Vegas. Potem Phoenix, świetny aktor świeżo po nominowanej do Oscara roli w filmie "Spacer po linie", w którym zagrał Johnny’ego Casha, wystąpił w talk-show Davida Lettermana. Mamroczący, mrukliwy, wyraźnie oderwany od rzeczywistości oświadczył, że rzuca aktorstwo na rzecz kariery muzycznej.

W prasie branżowej i plotkarskiej zawrzało. Pełno było doniesień o rzekomym nałogu aktora, o końcu jego kariery – ot, jeszcze jeden hollywoodzki chłopaczek, który nie wytrzymał ciśnienia sławy i stoczył się na samo dno. Ponad rok później okazało się, że wszystko było mistyfikacją, kreacją na potrzeby filmu z gatunku mockumentary nakręconego wspólnie ze szwagrem Joaquina, aktorem i reżyserem Caseyem Affleckiem (z tych Afflecków) "Jestem, jaki jestem". Film miał premierę podczas zeszłorocznego festiwalu w Wenecji i wywołał sporą konsternację, bo wielu widzów i krytyków było przekonanych, że ogląda cinema verite i udokumentowany na żywo upadek utalentowanego aktora.

Jednak sytuacja wyjaśniła się, gdy znów elegancki, przystojny i promienny Phoenix ponownie pojawił się u Lettermana, przyznając, że poprzedni występ był grą. "Wiedziałem, że z twoim doświadczeniem odróżnisz wykreowaną postać od prawdziwego człowieka" – powiedział do prowadzącego show. Z kolei Letterman wyznał, że choć nie był wtajemniczony w mistyfikację, wyczuł, że to wygłup. "Gdybyś naprawdę tak wyglądał i tak się zachowywał, twój piarowiec nie pozwoliłby ci wyjść. Ludzie jak ty nie są wypuszczani w takim stanie" – zauważył amerykański dziennikarz.


Letterman trafił swoją wypowiedzią w sedno – to właśnie chcieli powiedzieć i pokazać twórcy rzekomego dokumentu. Casey Affleck w jednym z wywiadów mówił z kolei, że pomysł projektu zrodził się w ich głowach pod wpływem zdumienia tym, iż ludzie naprawdę sądzą, że oglądając reality show, podglądają prawdziwe życie, a nie wyreżyserowane i toczące się według przygotowanego wcześniej scenariusza medialne widowisko.

Postanowili więc zgotować własne reality show – opowieść o upadku gwiazdy. Historię, która tyle razy wydarzyła się w świecie filmu czy muzyki, że właściwie można uznać ją za prawdziwą. Talent u szczytu sławy tracący nagle kontakt z rzeczywistością i kończący na dnie – widzieliśmy to wiele razy, często z tragicznym finałem, jak w przypadku Amy Winehouse czy przed laty, gdy z przedawkowania umierał na chodniku pod należącym do Johnny’ego Deppa klubem brat Joaquina, wybitnie uzdolniony River Phoenix.

"Jestem, jaki jestem" to widowisko żenujące, smutne i przerażające – i okrutnie przez to zabawne. Bełkotliwe monologi aktora, który pragnie wyrwać się z zakłamania Fabryki Snów i zrobić coś "prawdziwego". Jego budzące litość próby rozpoczęcia hiphopowej kariery – zwłaszcza spotkania z bucem nad bucami, raperem i producentem Seanem Combsem znanym jako P. Diddy. Jego odrażające ekscesy w towarzystwie ekipy żyjących na jego koszt i przytakujących mu pieczeniarzy. Wszystko to czyni przygnębiające wrażenie, jeśli odczytywać to jako prawdę. Jeśli dostrzeżemy w tym fikcję, możemy bawić się jak podczas seansu "Kac Vegas", filmu w reżyserii Todda Phillipsa. Brodaty i niedomyty Phoenix wygląda nawet jak Zach Galifianakis.

JOAQUIN PHOENIX. JESTEM, JAKI JESTEM | Planete | piątek, godz. 23.15