Zaledwie rok po tym, jak drugi solowy album Lou Reeda – wyprodukowany przez Davida Bowiego "Transformer" (1972) z przebojami "Perfect Day" i "Walk on the Wild Side" – zrobił furorę, artysta zmienił kierunek swoje muzycznej drogi. Wydał trudny koncept album "Berlin" pokazujący Reeda jako zupełnie innego muzyka, niż był do tej pory. Fanom się to nie spodobało, płyta okazała się komercyjną klapą. Aż do 2006 roku wielu uważało ją za wypadek przy pracy. Wtedy tę opowieść o zakończonej samobójstwem miłości narkomanów, którą w chwili premiery okrzyknięto najbardziej depresyjną płytą wszech czasów, Reed pokazał na nowo.

W grudniu 2006 roku w St. Ann's Warehouse w Brooklynie zagrał pięć koncertów z materiałem z albumu "Berlin" w roli głównej. Występ zarejestrowała ekipa filmowa dowodzona przez Juliana Schnabla ("Basquiat. Taniec ze śmiercią", "Motyl i skafander"), a w rolę bohaterki "Berlina" Caroline wcieliła się Emmanuelle Seigner, która zagrała u Schnabla w "Motylu i skafandrze". Wizualizacje z żoną Romana Polańskiego stanowią tło dla koncertu. Lou Reedowi towarzyszyli na scenie znakomici muzycy, m.in. saksofonista Paul Shapiro, gitarzysta Steve Hunter, basista Rob Wasserman i Steven Bernstein na trąbce. Gościnnie zaśpiewali Sharon Jones, Antony Hegarty oraz brooklyński chór młodzieżowy. Mimo imponującej liczby muzyków koncert sprawia wrażenie kameralnego, w czym pomagają skromne, przygaszone światła. Nie ma fajerwerków, laserów ani tancerek. Jest za to skupienie na muzyce i dźwiękach.

Setlistę wypełniły kompozycje z płyty "Berlin" oraz trzy dodatkowe numery: "Candy Says", "Rock Minuet" i "Sweet Jane". Szczególne wrażenie robi ta ostatnia, zagrana na finał koncertu. Najpierw oszałamia swoim gitarowym solo Steve Hunter, a później Reed niemal deklamuje ze sceny przejmujące słowa: "Niektórzy ludzie, oni lubią wyjść potańczyć/ A inni ludzie, oni muszą pracować, popatrzcie na mnie/ kobiety, nigdy nie są naprawdę słabe/ A te czarne charaktery, zawsze mrugają ich oczy/ dzieci są jedynymi, które się rumienią/ A życie jest tylko śmiercią!". Każde zdanie Lou wypowiada skupiony, słychać, że odpowiada za każde słowo, identyfikuje się z nim. Sam zresztą przyznał pytany o fenomen swej grupy Velvet Undergorund: "Nikt poza nami nie robił w muzyce niczego autentycznego". Ta autentyczność wiąże się również z tym, że Lou nie wdzięczy się do publiczności, a przecież do końca życia mógłby sprzedawać bilety na koncerty, których głównym punktem byłoby wykonanie "Perfect Day". Do "Berlina" powrócił nie dlatego, że chcieli tego fani czy koncern fonograficzny. Odpowiedzią dlaczego, niech będą słowa samego Lou pytanego przez norweską gazetę "Dagbladet" o występ w Rzymie w 2000 roku dla Jana Pawła II: "Nie graliśmy dla papieża. Tylko dla jego aury".

LOU REED – BERLIN | Ale kino! | środa, godz. 18.35