W telewizji publicznej wystartowała "Bitwa na głosy", w której grupy wokalno-taneczne walczą pod przewodnictwem m.in. Nataszy Urbańskiej, Piotra Kupichy i Michała Wiśniewskiego. Polsat i TVN postawiły na sprawdzone brytyjskie formaty – odpowiednio "Must be the Music. Tylko muzyka" oraz "X-Factor". Oba to klasyczne talent show, w których amatorzy prezentują umiejętności przed groźnymi i charyzmatycznymi – w założeniu twórców – jurorami. W Polsacie opiniotwórcze gremium składa się z Kory, Elżbiety Zapendowskiej, Adama Sztaby oraz Wojtka Łozowskiego, zaś w TVN uczestników oceniają Czesław Mozil, Maja Sablewska i Kuba Wojewódzki.

Po prostu tańcz z idolem

Jednym słowem – nic nowego. Od czasu "Idola" na ekranach gościły rozmaite rodzaje tego typu widowisk – od tanecznego "You Can Dance" po ogólnorozwojową "Fabrykę gwiazd". Patent się sprawdził, widzowie dopisują, czemu więc nie powtórzyć sukcesu? Jednak jeśli trzy główne stacje w tym samym czasie wypuszczają programy oparte na łudząco podobnej formule, to oznacza, że telewizyjni decydenci nie mają nowych pomysłów na rozrywkę.

Główne grzechy tego typu programów to żerowanie na marzeniach o sławie oraz promowanie kompletnej pustki. Talent show przyciągają autentycznie utalentowanych ludzi, jednak nie oferują im nic poza chwilową rozpoznawalnością. Ze wszystkich w ten sposób kreowanych gwiazd w Polsce karierę zrobiły tylko dwie uczestniczki "Idola" – Ania Dąbrowska i Monika Brodka. Skorzystały na telewizyjnej popularności, ale sukcesy zawdzięczają talentowi, uporowi, pracy, a nie programowi. Polska to nie Wielka Brytania – tu przypadek Paula Pottsa czy Susan Boyle raczej nie ma szans się powtórzyć.

Po drugie talent show promują w znacznie większym stopniu osoby jurorów niż prezentujących swoje umiejętności amatorów. Pół biedy, jeśli chodzi o starych telewizyjnych wyjadaczy, takich jak Simon Cowell czy Kuba Wojewódzki, albo fachowców pokroju Elżbiety Zapendowskiej. Jednak dęcie sztucznych osobowości w rodzaju Mai Sablewskiej to zmora kolejnych idolopodobnych klonów.


Dziwny jest ten świat

Osobny problem stanowi poziom programów. Kiedy przestał działać efekt nowości, producenci powinni raczej pójść w stronę większej profesjonalizacji i oryginalności. Niestety pierwsze odcinki nowych programów rozwiewają te nadzieje. Tylko w "X-Factor" widać nieśmiałe kiełki nowego – uczestnicy śpiewają kawałki Etty James czy Josha Grobana, ku uldze jurorów, znudzonych powtarzalnością repertuaru.

W "Must be the music" jest już gorzej – zwłaszcza, gdy Kora mówi, że poprawne wykonanie zgranego jazzowego standardu "What a Wonderful World" było "jak powiew świeżego powietrza".

A prawdziwie czarną rozpaczą napawa "Bitwa na głosy". Tu wszystko jest źle. Drętwa konferansjerka Huberta Urbańskiego, nieznośne, bo ustawiczne, komplementowanie oraz jurorka Grażyna Szapołowska, mówiąca po każdym utworze "chapeau bas". Ale najgorsze są wykonania piosenek.

Grupa pod wezwaniem Nataszy Urbańskiej zarżnęła na śmierć nieśmiertelny "Thriller" Jacksona, zaś to, co podopieczni Piotra Kupichy wyrządzili Czesławowi Niemenowi, śpiewając "Dziwny jest ten świat", powinno być karalne – głośniej, wyżej, z chrypą i przytupem naprawdę nie znaczy lepiej. Niemena jako dobro narodowe trzeba zacząć chronić, zwłaszcza że znęcano się nad jego utworem także w "Must be the music".

Uczestnikom polecamy oglądanie serialu "Glee", zaś uwadze producentów kilka rozrywkowych programów, które można skopiować. Jest jednak haczyk: wymagają inteligentnych prowadzących.