Bajkę o księciu zaklętym w żabę i czekającym na pocałunek pięknej księżniczki zna każdy. Dwie małe dziewczynki dorastające w Nowym Orleanie w latach 20. XX wieku słuchając jej, marzą o bajkowym królewiczu. Dzieli je wszystko. Charlotta jest biała, rozpuszczona, ma bogatego ojca i niczego jej nie brakuje. Tiana natomiast ma czarną skórę, pochodzi z ubogiej rodziny, a rodzice otaczają ją miłością i wpajają wiarę w lepsze jutro. Gdy Tiana dorasta, pracuje jako kelnerka i marzy o otwarciu własnej restauracji, Charlotta natomiast jak dawniej marzy o tym, by poślubić księcia.

I oto nadarza się okazja, bo do miasta przyjeżdża następca tronu dalekiej Maldonii, Naven – czarujący lekkoduch poszukujący bogatej żony. Pewnie by ją znalazł, gdyby nie intryga niejakiego doktora Faciliera – czarodzieja voodoo, który zamienia go w... żabę. Tiana całuje go, chcąc odczarować, i sama zostaje żabką, po czym oboje wyruszają w podróż przez nowoorleańskie bagna na spotkanie z czarodziejką mamą Odie. W miłym zresztą towarzystwie aligatora trębacza Louisa i romantycznego świetlika Raya.

Studio Disneya, które już przed dekadą straciło monopol na dziecięce sny, w swej 49. pełnometrażowej animacji postanowiło z premedytacją odwołać się do własnej tradycji. Producent "Księżniczki i żaby" John Lasseter, twórca potęgi Pixara, a od niedawna jeden z szefów Disneya, zdecydował się pójść pod prąd i wymyślił film ostentacyjnie wręcz staroświecki, rysowany tą samą klasyczną kreską co kiedyś "Jelonek Bambi" i "Królewna Śnieżka", choć opowiadany już nieco inaczej. Odwołując się do uświęconych schematów kina disneyowskiego, stawiając na oldskulową prostotę przesłań, reżyserski tandem z niemałym w klasycznej animacji dorobkiem John Clements i John Musker (m. in. "Mała syrenka", "Herkules", "Alladyn") podjął z tradycją grę w rozbrajanie bajkowej fabuły przewrotnymi pomysłami i puszczanie oczek do młodszych i starszych widzów. I ten przepis, choć nie powinien, to jednak zadziałał. Okazało się, że można w klasyczną animację tchnąć życie, w co wielu zdążyło zwątpić. Wystarczają pomysłowość, humor i serce.


Fenomenalnym pomysłem było umieszczenie akcji akurat w Nowym Orleanie i akurat na przełomie lat 20. i 30. Mekka amerykańskiego Południa skupia jak w soczewce legendę, magię i rzeczywistość. To miasto kontrastów. Bogate i biedne zarazem, czarne i białe, piękne i brzydkie. Wszystko tu jest na swoim miejscu. I patriarchowie w XIX-wiecznym stylu, jak ojciec Charlotty, i czary voodoo, i marzenia o muzycznej sławie w kolebce jazzu i bluesa. W końcu nie przypadkiem aligator z trąbką nosi imię Louis (jak Lois Armstrong), a świetlik Ray (jak Ray Charles).

Do tego barwnego tła cała bajkowa opowieść pasuje jak ulał. Uroczo naiwna, niewymuszenie zabawna, opatrzona prostym morałem nie popada w infantylne prostactwo. Za to zaskakuje pomysłowością. Niby wszystko jest, jak być powinno, ale drobne przesunięcia w fabularnych zakrętach, konstrukcji postaci wystarczają, by nic nie było łatwo przewidywalne. Efektem jest lekko zmodernizowana i podrasowana klasyczna baśń bujająca się w przyjemnym jazzującym rytmie muzycznej oprawy.

Czy jej uroki docenią dzieciaki z pokolenia PlayStation i 3D? Nie wiem, za to jestem przekonany, że niejednemu rodzicowi zakręci się w oku łezka nostalgii. W końcu im też potrzebne są bajki. Może nawet im przede wszystkim.

KSIĘŻNICZKA I ŻABA | USA 2009 | reż. Ron Clements, John Musker | HBO | niedziela, godz. 18.30