Barry, któremu w polskiej wersji językowej głosu użyczył Maciej Stuhr, to jedna z tysięcy młodych pszczół, które po ukończeniu summa cum laude szkół (dwa dni podstawówki, trzy dni liceum) zaczynają dorosłe życie polegające na nieustającej, choć szlachetnej, harówce aż do śmierci. Jednak Barry nie ma najmniejszej ochoty, by jak inne posłuszne i pracowite pszczółki stanąć przy taśmie w fabryce Miodex i powtarzając bez końca tę samą czynność, przyczyniać się do powstania produktu narodowego brutto, czyli złocistego miodu. Zamiast spełniać swą robotniczą powinność, marzy, by dołączyć do elity ula – eskadry dzielnych trzmieli zapylaczy – i wraz z nimi udać się na pełną przygód eskapadę w świat.

Jego bunt będzie miał bardzo poważne konsekwencje. Wylatując z zacisznego ula w szeroki świat, nie tylko pozna rozliczne niebezpieczeństwa czyhające na bezbronne owady w ludzkich metropoliach, ale też otrze się o międzygatunkowy romans z pozbawioną typowo ludzkich uprzedzeń wobec pszczół kwiaciarką Vanessą. A na końcu odkryje straszliwy spisek ludzi, którzy od setek lat wykorzystują ciężką pracę pszczół i najbezczelniej w świecie kradną im cenny miód. Tego już Barry nie zdzierży i w imieniu pszczelej społeczności pozwie ludzkość o nieludzki wyzysk.


Brzmi absurdalnie? Cóż, życie naszego gatunku mieniącego się szczytowym osiągnięciem ewolucji pełne jest rozmaitych dziwactw i absurdów, co znakomicie uchwycił scenarzysta „Filmu o pszczołach”, popularny amerykański komik Jerry Seinfeld. To postać stosunkowo mało znana w naszym kraju, choć jedna z komercyjnych telewizji emitowała w latach 90. jego opus magnum, czyli "Kroniki Seinfelda", a szkoda, bo jego cierpkie poczucie humoru i bystrość społecznych obserwacji na pewno zasługują na uwagę.

Barry, w oryginalnej wersji mówiący głosem Seinfelda, to kawał sarkastycznego łobuza, który nie ma w sobie nic z nudnego dydaktyzmu Gucia i Pszczółki Mai. Jest pszczołą na miarę nowych czasów, w których trudno o jasne podziały i jednoznaczne oceny. Zawarta w przesłaniu filmu krytyka indywidualizmu i egoistycznego, choć podszytego "słuszną" ideologią, spełniania własnych zachcianek jest niezwykle zastanawiająca, zwłaszcza gdy dobiega z matecznika indywidualistycznej postawy – Stanów Zjednoczonych. Jak zdaje się mówić Seinfeld, harmonia świata czasem wymaga rezygnacji z własnych interesów w imię wspólnego dobra. Banał? W świecie, w którym rządzi "ja, mnie, mój, moje", brzmi jak prawdziwe objawienie.


"Film o pszczołach" wyróżnia się więc pozytywnie na tle innych ślicznych animacji dla dorosłych i dzieci, od których roi się na kinowych ekranach i które zaczynają już męczyć powtarzalnością i schematyzmem. Oczywiście jest też typowym przedstawicielem tego gatunku, w którym techniczna doskonałość i cukierkowa estetyka walczą o lepsze z ironiczną wymową dzieła, czyniąc je atrakcyjnym zarówno dla dziecięcej, jak i dorosłej widowni. Widać to dobrze choćby w scenach z wnętrza ula, będących kolorową i śliczną parodią ponurego "Metropolis", czy raczej w tym wypadku – Propolis. A propos słownych gierek do moich ulubionych należy dziarski pszczeli okrzyk: "Niech żyje Rój i... Ul"!

Oryginalny "Bee Movie", czyli film klasy „B” też aż się prosi o jakieś dwuznaczne zabawy słowem ("Bzykanie na ekranie"?), a nie tytuł jak dla edukacyjnego filmu przyrodniczego. Widać kreatywność nie zawsze idzie w parze z pracowitością.

FILM O PSZCZOŁACH | USA 2007 | reżyseria: Steve Hickner | TVN | piątek, godz. 20.00