"Kobra" jest prawie równolatkiem Telewizji Polskiej (która swój pierwszy program - relację z Sejmu - wyemitowała w 1952 r.). Pojawiła się na ekranach nielicznych jeszcze telewizorów rok po październikowej odwilży.

Reklama

Władze przybrały nieco łagodniejszy kurs i zrehabilitowały potępiane wcześniej gatunki kultury popularnej. Między innymi literaturę sensacyjną i fantastyczną, które stały się kanwą telewizyjnych przedstawień realizowanych w ramach cyklu "Teatr Sensacji i Fantastyki >Kobra<".

Na pierwszy ogień poszło sześcioczęściowe "Było dziesięciu murzynków" Agaty Christie z Haliną Mikołajską w roli głównej. Potem były m.in. "Fatalna pomyłka" według Leblanca z Andrzejem Łapickim jako Arsenem Lupin, kilka "Sherlocków Holmesów" oraz adaptacje fantastyki - widowiska według prozy Stanisława Lema, Gore&rsquo;a Vidala, Cyrila Kornblutha. W 1961 r. "Kobra" wzięła rozbrat z fantastyką i na ekranie gościły już tylko kryminały.

Ten okres uważany jest za złoty okres cyklu. Niestety dziś nie można się o tym przekonać, bo spektakle grane na żywo przez pierwsze pięć lat nie były rejestrowane. Paradoksalnie jednak to słabsza jakościowo "Kobra" zdobyła niewiarygodną popularność. W latach 60. spektakle miały ponad 90-proc. oglądalność! Podczas emisji w czwartkowe wieczory wyludniały się ulice. Kobromanię skrzętnie wykorzystały władze. Tuż przed "Teatrem Sensacji" transmitowano wystąpienia Władysława Gomułki. Ponieważ nigdy nie było wiadomo, kiedy I sekretarz KC PZPR skończy, cała Polska warowała przed telewizorami, żeby nie przegapić "Kobry".

Największym przebojem cyklu była "Stawka większa niż życie", którą nadawano w latach 1965 - 1967. Po zakończeniu emisji w oparciu o scenariusz widowisk teatralnych powstał słynny serial. Dekadę później cykl zaczął się jeszcze bardziej polonizować. Nie było to jednak wynikiem antyzachodniej fobii towarzyszy z KC, lecz realiów rynkowych. Zagraniczni autorzy (np. Agata Christie) za prawa do swoich utworów żądali pokaźnych honorariów w twardej walucie, na które TVP nie było stać. Zwrócono się więc do rodzimych twórców.

Dla "Kobry", ukrywając się pod pseudonimami, pisali m.in. Maciej Słomczyński (Joe Alex), Tadeusz Kwiatkowski (Noel Randon) czy Andrzej Szczypiorski (Maurice S. Andrews). To był też początek końca "Kobry". Wraz z objęciem władzy przez ekipę Edwarda Gierka telewizja otworzyła się na Zachód. W repertuarze zaczęły gościć zachodnie seriale sensacyjne: "Kojak", "Święty", "Columbo", "Aniołki Charliego", czy rodzimy "07 zgłoś się". Teatr przegrał z filmem. "Kobrę" zlikwidowano w 1975 roku. Powróciła na ekrany w czasie stanu wojennego (władze próbowały powtórkami wypełnić ramówkę bojkotowanej telewizji) oraz w połowie lat 80., kiedy nakręcono kilka nowych odcinków pod szyldem "Teatru Sensacji".

Reklama

"Kobra" jest świadectwem swojej epoki. Jej fenomenalna popularność spowodowana była głodem popkultury, masowej rozrywki, do której dostęp władza reglamentowała społeczeństwu aż do końca PRL. "Kobry" były erzacem Zachodu, mniej lub bardziej wiernie oddawały realia życia za żelazną kurtyną, o której przekroczeniu przeciętny Kowalski mógł tylko marzyć. Uproszczenia w kreowaniu wizerunku "kapitalistycznej" przestrzeni i jej bohaterów (z "Kobr" wynika, że anglosascy policjanci to degeneraci, bo bez przerwy raczą się whisky i palą tytoń, a bandyci to ekscentrycy, którzy chodzą na robotę we wzorzystych kaszkietach) śmieszą. Trzeba jednak pamiętać, że odzwierciedlały stan wiedzy o Zachodzie ówczesnych Polaków oraz możliwości inscenizacyjne TVP.

Scenografowie i kostiumolodzy dokonywali cudów, aranżując wiktoriańskie wnętrza z tapczanopółek i segmentów z Wyszkowskiej Fabryki Mebli oraz szyjąc uniformy policjantów z ciuchów kupionych na bazarach. Ale "Kobra" nie jest socjalistyczną ramotą. W spektaklach, których łącznie zrealizowano kilkaset, grały aktorskie gwiazdy. Często w zaskakujących rolach. Na przykład dzięki "Kobrze" Jerzy Dobrowolski uciekł od swojego emploi peerelowskiego cwaniaczka, które przylgnęło do niego po filmach Stanisława Barei. Brawurowo zagrał detektywa Phllipa Marlowe&rsquo;a w Chandlerowskim "Kłopoty to moja specjalność".

W porównaniu z dzisiejszymi telewizyjnymi produkcjami kryminalnymi "Kobry" wyglądają niewinnie. Niektóre można pokazywać w charakterze materiału szkoleniowego - jak w maleńkim studiu trzema zdezelowanymi kamerami, ze scenografią z dykty, bez pokazywania mordobicia i rozlewania litrów keczupu wykreować widowisko trzymające w napięciu. I choćby dlatego warto przypomnieć spektakle sygnowane przez mrugającego węża w animowanej czołówce, którym kilka dekad temu straszono niegrzeczne dzieci.