Fenomen popularności cynicznego i uzależnionego od leków przeciwbólowych doktorka wymyka się łatwej analizie. Publiczność pokochała tę postać mimo jej oczywistych wad: narcyzmu, socjopatii i skłonności do manipulowania ludźmi. Widzowie uwielbiają jego oschłe poczucie humoru, błyskotliwe riposty i aurę niedostępności, jaka otacza wszechwiedzącego medyka. Intensywnie błękitne spojrzenie Hugh Lauriego też pewnie ma coś do rzeczy.


A przecież niewiele brakowało, by ten niezwykle utalentowany aktor pozostał lokalną znakomitością, uwielbianą na Wyspach Brytyjskich i występującą od czasu do czasu w drugoplanowych rolach w amerykańskich produkcjach, takich jak „101 dalmatyńczyków”, gdzie był pomagierem okrutnej Glenn Close.


Gdyby nie udało mu się przekonać Bryana Singera, reżysera i producenta „Doktora House’a”, że jest amerykańskim aktorem, ten nie zdecydowałby się go obsadzić w kluczowej roli w swoim nowym serialu. Ponoć Laurie, który o castingu do roli House’a dowiedział się, kręcąc w Namibii zdjęcia do „Lotu Feniksa”, uczył się swoich kwestii podczas przerw w toalecie, a odpowiednio amerykański akcent wyćwiczył tuż przed rozpoczęciem zdjęć próbnych. Ale udało się. Dziwaczny Angol oczarował absolutnie wszystkich - i ten stan trwa do dziś. Jak twierdzi sam aktor, sprawa z akcentem jest tajemnicza, raz wychodzi mu lepiej, raz gorzej. "Nadal nie mam pojęcia, od czego to zależy: czy jadłem banana na śniadanie, czy mam na sobie coś niebieskiego... To jest loteria" - tłumaczy z typowym dla siebie nieco sarkastycznym poczuciem humoru.


Jest bowiem coś, co łączy aktora Hugh Lauriego z wykreowaną przezeń postacią: wybitna inteligencja i będące jej pochodną ironiczne spojrzenie na rzeczywistość. Brytyjska publiczność zna je od lat - w końcu pokochała Lauriego za występy w słynnej „Czarnej żmii” Rowana Atkinsona.


Jako komik zaistniał jednak wcześniej. Na studiach w Cambridge (aktor ma za sobą klasyczną brytyjską edukację: Eton i prestiżowy college) z powodu choroby musiał porzucić ulubione wioślarstwo, dlatego dołączył do szkolnego kabaretu The Footlights Club. Tam poznał dwie przyszłe znakomitości: aktorkę Emmę Thompson i początkującego dramatopisarza Stephena Frya. Szybko stało się jasne, że ich talent wykracza poza ramy studenckich wygłupów. Stworzony przez nich popis kabaretowy otrzymał nagrodę na festiwalu w Edynburgu, a to z kolei utorowało im drogę do telewizji, w której wyprodukowali złożony z komediowych skeczy program „Alfresco”.

p




Laurie, Fry i Thompson po dziś dzień są bliskimi przyjaciółmi. To Emma, która jako pierwsza zyskała hollywoodzką sławę, ciągnęła za sobą utalentowanego kolegę i załatwiała mu role, m.in. w „Rozważnej i romantycznej” Anga Lee.



Jeszcze ważniejsza okazała się dlań artystyczna współpraca z Fryem, który jest też ojcem chrzestnym trzech spośród czwórki dzieci Lauriego. Wspólnie stworzyli m.in. cieszący się wielką popularnością telewizyjny show „Fry and Laurie” oraz miniserial oparty na satyrycznych powieściach P.G. Wodehouse’a „Jeeves and Wooster”, ponieważ obaj uwielbiają jego pisarstwo. Laurie twierdzi nawet, że Wodehouse uratował mu życie. Gdyby nie lektura jego książek, byłby tępym przedstawicielem angielskiej klasy średniej, bez większych intelektualnych ambicji i wiodącym śmiertelnie nudne życie.


Sam Hugh też pisarstwa spróbował, publikując błyskotliwą parodię szpiegowskich historii „Handlarz bronią”, która ukazała się także w Polsce. Niestety, praca na planie „Doktora House’a”, trwająca już sześć lat, skutecznie uniemożliwia aktorowi napisanie kolejnej, wyczekiwanej przez fanów powieści. Póki jednak doktor House jest naszym domowym lekarzem, naprawdę nie mamy prawa do narzekań, natomiast narzekającym na zbyt wysoki poziom ironii i sarkazmu serialowego medyka, polecamy uwadze inne wcielenia Lauriego.

Hugh Laurie w sensacyjnym sosie. W niedawnym kinowym hicie "Królowie ulicy" (2008) wystąpił u boku Keanu Reevesa i Foresta Whitakera. Do twarzy mu ze spluwą!


Jeszcze zbyt ostro? To może zeszłoroczne "Potwory kontra Obcy". Aktora niespecjalnie tam może widać, za to słychać. Najwredniejszy z ekipy "Dr. House'a" użyczył w trójwymiarowej animacji głosu... doktorowi Karaluchowi.


Na deser mamy chyba najbardziej odbiegające od charakteru House'a, familijne wcielenie aktora. Laurie jako kochająca głowa rodziny? Owszem. Takim właśnie widzimy go w dwu częściach uroczej opowiastki o małej myszce obdarzonej wielkim sercem - "Stuart malutki".