Kiedyś powiedziała: „Sukces jest wtedy, gdy nagrody, uznanie, popularność nie naruszają mojego kośćca, mojego wewnętrznego azymutu. Nie wiem, czy go osiągnęłam, ale jestem na dobrej drodze, żeby go w sobie pogłębiać i rozwijać, bo wydaje mi się, że taki sukces nie jest dany raz na zawsze”. To jedna z najbardziej cenionych i popularnych aktorek teatralnych, filmowych oraz telewizyjnych.

Należy pani do grona artystów, którzy nie stronią od angażowania się w tematy społeczne i polityczne. Co motywuje panią do takiej aktywności?

Magdalena Cielecka: Instynkt samozachowawczy i niezgoda na pewne rzeczy, które się dzieją, a które nie są zgodne z moim systemem wartości, albo dotyczą krzywdy wyrządzanej wykluczonym bądź słabszym. To nie jest wykalkulowany, tylko absolutnie naturalny odruch zabierania głosu w tematach, które są dla mnie ważne.

I zapewne ściąga to na panią krytykę...

Oczywiście. Trudno, żeby nie ściągało w dzisiejszych czasach. Liczę się z tym i nauczyłam się z tym żyć. Nie uważam jednak, że w związku z tą krytyką powinnam się wycofać. Trzeba robić swoje. Nie wyobrażam sobie, żebym dla jakiś interesów, czy zachowania świętego spokoju miała udawać kogoś innego, ukrywać swoje poglądy. Na szczęście jestem w takiej sytuacji życiowej, że nie muszę podobać się wszystkim i mogę mówić pewne rzeczy głośno, bez strachu, że gdzieś mnie już mnie nie zechcą.

Zaangażowanie społeczne przekłada się na pani życie zawodowe?

Są miejsca, w których już nie pracuję, reklamy w których już nie wezmę udziału itd. Oczywiście eliminuję się tym samym z pewnych projektów, ale godzę się z tym i to akceptuję.

Czy na taką otwartość w mówieniu o swoich poglądach można się zdobyć dopiero po dojściu do ugruntowanej pozycji zawodowej?

U mnie tak zawsze było, nie przypominam sobie momentu, żebym tego nie mogła robić. Pamiętajmy jednak, że jeszcze parę lat temu nie było takiej sytuacji społeczno – politycznej, w której o tak wiele rzeczy trzeba byłoby walczyć. Jak większość artystów do pewnego momentu uprawiałam po prostu swój zawód kierując się wyborami wyłącznie artystycznymi. Nikt z nas nie chodził na żadne manifestacje i nie wypowiadał się w sprawach wrażliwych. Dziś zaś mamy taki świat, jaki mamy i przyszedł moment, że jedni milczą z różnych powodów, a inni mają potrzebę zabierania głosu. Ja należę do tych drugich.

Czy to, że kultura musi dziś wypowiadać się na tematy społeczno – polityczne sprawia, że ma mniej przestrzeni do zajmowania się sprawami bardziej uniwersalnymi?

Nie sądzę, by tak było. Przede wszystkim sztuka niczego nie musi. Wydaje mi się, że artyści są od tego, aby wyczuwać nastroje społeczne dotyczące naszej szeroko pojętej egzystencji i je twórczo komentować. Sztuką nie jest doraźne czy newsowe podejście do jakiegoś tematu, tylko naświetlenie jego głębi i złożoności. Spektakl "Anioły w Ameryce", w którym występuję, miał swoją premierę 15 lat temu. Porusza on między innymi temat upadku demokracji, choć w tamtym czasie nie była to kwestia o której się dyskutowało. Na tym właśnie polega sztuka, że wrażliwi artyści wyprzedzają swój czas i wskazują na problemy, o których gorące dyskusje będą się toczyły dopiero za chwilę. Sztuka powinna komentować rzeczywistość, odnosić się do niej, ale nie w sposób dosłowny i doraźny.

Artysta bardziej jako inspirator niż moralizator?

Jako ktoś, kto zwraca uwagę na problem, ale nie podaje rozwiązania. Odpowiedź odbiorca dzieła musi znaleźć sobie sam. Dzieło ma go tylko zmusić do refleksji i zainspirować do pewnych przemyśleń. Absolutnie sztuka nie powinna dawać gotowych rozwiązań

Czuje się pani inspiratorką?

Siłą rzeczy tak jest, że osoby publiczne są obserwowane, komentowane, mogą stawać się inspiracją dla innych. Z drugiej jednak strony, mogą być obiektem hejtu i krytyki. Mam tę świadomość, że część odbiorców inspiruję pozytywnie, a część negatywnie.

Nakłaniała pani swoich fanów do wzięcia udziału w wyborach. Swój głos pani oddała?

Oczywiście

Zaskoczyły panią wyniki wyborów?

Absolutnie nie, spodziewałam się tego

A frekwencja?

Frekwencja faktycznie jest przyczynkiem do radości. To świadczy o tym, że społeczeństwo się budzi i wybory stają się czymś ważnym. Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę z tego, że to od nas zależy, kto będzie nami rządził i to jest duży sukces.

Polacy zaczynają brać sprawy w swoje ręce?

Społeczeństwo zrozumiało, że może mieć wpływ na politykę. Wiele z organizowanych w ostatnim czasie protestów osiągnęło swój cel, niektóre zatrzymały jakieś działania, albo wręcz zainicjowały kolejne ruchy. To jest chyba kwestia zmiany mentalności Polaków. Mamy większą samoświadomość, chcemy o sobie decydować i mamy odwagę, by po swoje prawa sięgać. Pokolenia naszych rodziców i dziadków żyły w uciśnieniu i zahukaniu, ludzie się bali wyjść ze swoim zdaniem, bo taka była rzeczywistość społeczno – polityczna. To się powoli zmienia, ale musimy przyzwyczaić się, że mamy prawdo do zabierania głosu.

Pamięta pani moment, w którym poczuła się kobietą sukcesu?

To nigdy nie jest jeden moment. Jedną z pierwszych takich sytuacji było wyjście na deski profesjonalnego teatru. Przeżyłam tę chwilę w Krakowie będąc na pierwszym roku studiów i był to dla mnie sukces niebywały. Później nastąpiły kolejne stopnie na drabinie kariery, z których każdy był dla mnie sukcesem. Trzeba jednak pamiętać, że sukces jest rewersem porażki, która jest nieodłączną składową rozwoju. W moim zawodzie trudno o stałe poczucie sukcesu ponieważ w aktorstwie, zresztą jak w wielu innych zawodach, sukces nie jest dany raz na zawsze.

Czym jest dla pani sukces dzisiaj?

To taki etap, w którym robię tylko to co chcę. Sama wybieram projekty, w które się angażuję i robię to na swoich warunkach. Nie mam tu na myśli kwestii finansowych, a raczej to, jak widzę dany projekt i jak widzę swoją w nim rolę. Sukcesem jest też dla mnie możliwość takiego zarządzania własnym czasem, że znajduję przestrzeń na relaks i odpoczynek.

Magdalena Cielecka wraz z Maciejem Musiałem i Jarosławem Kuźniarem została ambasadorską kampanii „Success is a blend”, w ramach której marka Chivas podejmuje się próby opisania sukcesu na nowo. Trzy wyraziste osobowości, z których każda jest unikalną indywidualnością. Inspirują talentem, determinacją, pasją i empatią. Stanowią wyjątkową mieszankę cech każdy z osobna i jednocześnie całkowicie niepowtarzalny blend jako zespół. Projekt „Success is a blend” pokazuje ich historie, inspiruje do celebrowania sukcesu, poszukiwania niesamowitych doświadczeń i czerpania z dziedzictwa braci Chivas.

W październiku na zaproszenie marki Chivas ambasadorzy zasiedli na kanapie u Kuby Wojewódzkiego w jego restauracji Niewinni Czarodzieje 2.0, aby w ramach projektu „Success is a blend” porozmawiać o tym, jakie elementy składają się na sukces i co się za nim kryje.