Przy okazji przemówienia poświęconego pracy dziennikarek, Meryl Streep, która ostatnio zagrała wydawczynię w dramacie „Czwarta władza” Stevena Spielberga, opowiedziała o własnych doświadczeniach z przemocą.

- Wbrew powszechnej opinii, doskonale wiem, czym jest prawdziwy terror - oznajmiła wielokrotna laureatka Oscara. - To doświadczenie nauczyło mnie czegoś o życiu. Miałam szczęście, że instynkt mnie uratował.

- Za pierwszy razem po prostu udawałam, że nie żyję i czekałam, aż ciosy ustaną - kontynuowała aktorka. - Równocześnie obserwowałam osoby postronne, którzy po prostu patrzyły, jak mnie biją. W drugim przypadku to ktoś inny był ofiarą. Ja jedynie się wściekłam i pobiegłam za oprawcą. Zapytajcie Cher - ona tam była. Mężczyzna zbiegł i to był prawdziwy cud, że nie wszystko nie skończyło się tragicznie.

- Te wydarzenia mnie zmieniły. Kobiety instynktownie wiedzą, kiedy zbliża się niebezpieczeństwo. Przez tysiąclecia, z uwagi na naszą bezbronność, przeczuwamy takie zdarzenia. Jesteśmy na nie wyczulone. Mamy lepszy słuch, lepszy zmysł powonienia, dostrzegamy detale, drobne zachowania innych. To jest bardzo pomocne zarówno w dziennikarstwie śledczym, jak i aktorstwie - podsumowała aktorka.

Dramat „Czwarta władza” opowiada o roli, jaką odegrał „Washington Post” w upublicznieniu tzw. Pentagon Papers z 1971 roku, czyli raportu sporządzony przez władze Stanów Zjednoczonych, a dotyczącego prawdy o zaangażowaniu USA w wojnę w Wietnamie. Redakcja ścigała się z „The New York Timesem”, by ujawnić tuszowane przez trzy dekady tajemnice amerykańskiego rządu i czterech kolejnych prezydentów.

„Czwarta władza” zagości na ekranach amerykańskich kin tuż przed świętami, 22 grudnia. Polacy zobaczą film Spielberga miesiąc później - 26 stycznia.