W rozmowie z Agnieszką Gozdyrą w programie "Skandaliści", Robert Biedroń powiedział, że bardzo wpływowym gejem w Polsce jest ktoś "głaszczący koty". Aluzja nie była zbyt subtelna i nikt nie miał wątpliwości, kogo polityk ma na myśli. Biedroń wyjaśnił, że przeszkadza mu fakt, iż ktoś o odmiennej orientacji seksualnej, sam wtrąca się w prywatne sprawy Polaków i ocenia ich wybory.

Wypowiedź prezydenta Słupska została mocno skrytykowana nie tylko przez zwolenników Jarosława Kaczyńskiego. Osoby nieprzychylne prezesowi PiS zarzuciły Biedroniowi iż zachował się dokładnie tak, jak prawicowi politycy, którzy roszczą sobie prawo do grzebania w życiu prywatnym innych. Karolina Korwin Piotrowska uważa jednak, że właśnie on miał prawo to zrobić:

To, co powiedział głośno Robert Biedroń, tak naprawdę jest gestem straszliwej rozpaczy i buntu wobec tego, co dzieje się codziennie, wobec tego, jak traktuje się sporą część społeczeństwa, która przecież płaci podatki, za które utrzymywany jest i PiS i Sejm, i wszystkie inne partie. Jeśli innym można bezkarnie grzebać w życiu, głowach i poglądach, to dlaczego nie można tego zrobić drugiej stronie? Kto nam zabroni? Dlaczego mamy teraz, do kolejnych wyborów, trzymać głowę bardzo nisko, kiedy można ją nosić wysoko i nie bać się? - napisała w felietonie opublikowanym w wp.pl

Dziennikarka jest przekonana, że polityk liczył się z hejtem, jaki na niego spadnie:

On jedyny mógł to poruszyć. Wiedział na pewno, na co się pisze, bo głupi nie jest i sam niejednokrotnie doświadczył wykluczenia, odrzucenia i hejtu. Wie, jak to smakuje i jak boli. Ale ktoś w końcu musiał kopnąć w te drzwi. Trafiło na Biedronia. Nie ma co się wściekać i rzucać na niego gromy, sprowokowaliście to sami, szanowni niedotykalscy i nabzdyczeni Państwo z ulicy Wiejskiej, zabetonowane w latach mentalnej komuny. Świat poszedł do przodu. Czas ponosić konsekwencje swoich wyborów, szczególnie, kiedy mówi się innym, nakazuje wręcz, jak mają żyć, jak kochać i kogo głaskać.