ANNA SOBAŃDA: Czy zdziwiła cię medialna burza, jaką wywołała twoja nowa fryzura?

MARIKA: Widziałam, że to zrobi wrażanie, bo zmiana jest radykalna. Nie sądziłam jednak, że wciąż jestem przedmiotem zainteresowania mediów tabloidowych. Myślałam, że to się skończyło wraz z końcem mojej pracy dla telewizji.

Nie tak łatwo jest zejść z pola widzenia plotkarskiej prasy.

I to było dla mnie dużym zaskoczeniem, byłam wręcz przekonana, że jeśli chcesz znaleźć się w takich mediach, to musisz o to zabiegać, a tymczasem okazało się, że niekoniecznie. Przekonałam się też o tym przy okazji swojego ślubu. Myślałam, że oni mają swój panteon gwiazd, do którego ja nie należę.

Uważasz, że można być popularnym artystą, a jednocześnie nie być częścią show biznesu?

Zawsze, kiedy zadawałam sobie takie pytanie, wzorem dla mnie były artystki, które podziwiam i cenię, między innymi Katarzyna Nosowska i Kayah. Są rozpoznawalne, ale nie widuje się ich w prasie plotkarskiej. Jednak nawet one w czasie promocji swoich nowych wydawnictw pojawiają się na okładkach kolorowych magazynów.

Przeszkadza ci to, że plotkarska prasa się tobą interesuje?

Czasem przeszkadza, bo zdarza się, że publikując jakieś wyjęte z kontekstu zdanie lub niekorzystne zdjęcie, robi karykaturę ze mnie i mojego życia prywatnego. Trzeba sobie to jakoś ułożyć w głowie i w sercu, żeby nie dawać temu dostępu do swojej wrażliwości. Ja od swojej mamy i męża dostałam już dawno bardzo jasne wytyczne, żeby tego w ogóle nie czytać. Kiedyś myślałam, że można zupełnie unikać show biznesu. Dziś wiem, że jeśli chcesz pozostawać w kręgu muzyki rozrywkowej, jakoś tam popularnej, musisz zgodzić się na obecność w mediach. To zwyczajnie należy do folkloru tego zawodu i trzeba w zgodzie z własnym poczuciem estetyki i dobrego smaku jakoś się w tym poruszać.

Z drugiej strony, chodzenie na ścianki przekłada się na popularność, czyli sprzedaż płyt, koncertów itd.

Na sprzedaż koncertów obecność w plotkarskiej prasie nie wpływa. Wystarczy spojrzeć na artystów pokroju Artura Rojka, czy Kazika Staszewskiego, którzy obywają się zupełnie bez tego. Swoją drogą, odnoszę wrażenie, że akurat w tej materii świat mężczyzn i kobiet mocno się różni. Podczas gdy panowie nie muszą bratać się z show biznesem, kobiety niby też nie muszą, ale jeśli tego nie robią, przestają istnieć.

Właśnie wydałam książkę i "bywam", żeby ją promować. Kiedy po ostatnim moim występie na tak zwanej ściance pojawiły się krytyczne komentarze na temat mojej fryzury, pomyślałam, że przestanę chodzić na takie imprezy, bo jestem tym zmęczona. Mąż i menedżerka jednak mówią, że nie po to tyle pracowaliśmy, żebym teraz zniknęła z mediów. Nie mam więc wyjścia, muszę być obecna (śmiech).

Twoja fryzura jest faktycznie mocno krytykowana w plotkarskich mediach. Masz poczucie, że narzuca ci się, jak powinnaś wyglądać?

Trzeba byłoby najpierw zapytać: kto pisze te komentarze. Czy ja tych ludzi znam? Czy oni mnie znają? Czy powtórzyliby tę krytykę, stojąc przede mną? Jakie są kanony piękna, które uznają? Mam świadomość, że publiczna krytyka jest ceną bycia popularnym. Tylko od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że wydawanie krytycznych opinii jest u nas w dobrym tonie, że ludzie się do tego wręcz rwą. Co innego, jeśli dyskutujemy o wartości danej piosenki, filmu, książki, poziomie koncertu itp. Krytyka potrafi mobilizować do rozwoju. Zdarza mi się komentować coś w sieci, kiedy coś mi się szalenie podoba. Ale wyznaję zasadę, że jeśli masz do powiedzenia coś przykrego w rodzaju "brzydka", "za chuda", "za gruba", to lepiej milcz. Bo to nie buduje. Bardzo podobała mi się inicjatywa odtajniania hejterów. Jeśli ktoś publikuje pełne jadu, nienawiści, homofobiczne lub ksenofobiczne treści, powinien robić to pod własnym nazwiskiem, brać odpowiedzialność za to, co pisze.

Zgadzasz się z opinią, że za inne rzeczy ocenia się w Polsce kobiety, a za inne mężczyzn?

Tak, możesz być najinteligentniejsza, ale jak masz nie taki strój czy makijaż, to i tak cię zjadą. Trzeba przejść przez śluzę piękna, zanim zostaniesz doceniona jako człowiek. Wkurza mnie to, bo przede wszystkim chcę być postrzegana jako człowiek.

Masz potrzebę podobania się?

Oczywiście, myślę, że jak większość kobiet, ale chcę też podobać się sobie, mieć poczucie spójności tego, o czym myślę i co robię w życiu, z tym, jak wyglądam. Nie jestem w stanie w tej materii zaspokoić gustów wszystkich. Nie mam zresztą takich ambicji. Gdy idę na imprezę branżową, robią mi zdjęcia, a następnie ludzie komentują to, czy dobrze stoję, czy mam buty odpowiednio dobrane do torby, czy moje paznokcie są kompatybilne z moim strojem. Ludzie, którzy komentują, konstruują mnie jako byt z tych elementów, które widzą na zdjęciu. Tymczasem na zdjęciu nie ma przecież tekstów, moich piosenek, mojej wrażliwości. Zdałam sobie sprawę, że kiedy pojawiam się na takiej ściance, jedyną moją bronią jest wygląd. Tymczasem ja nie jestem modelką, nie pracuję wyglądem, tylko intelektem, wyobraźnią i głosem. Mam poczucie, że nie jestem zjawiskiem estetycznym, żeby z mojego wyglądu robić atrakcję, ważniejsze jest to, co jest w moich piosenkach.

Jak przygotowujesz się do wyjścia na show-biznesowe imprezy?

Staram się uświadomić sobie to, gdzie idę i jacy tam będą ludzie, oraz że będą mi robić zdjęcia i nie będą pytać, co sądzę o ważnych sprawach, tylko o głupstwa. Powtarzam sobie, żeby się nie zżymać, odpowiadać z sympatią, nie zniżać się do poziomu głupoty, pozostać w tym wszystkim sobą. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma sensu ścigać się z pięknościami ze ścianek. Wręcz przeciwnie, moja obecność tam może pokazać, że świat nie składa się tylko z idealnych jednostek, które mają 180 cm wzrostu, długie włosy, duże piersi i poprawione chirurgicznie twarze.

Nie boisz się eksperymentować nie tylko z wyglądem, ale także ze stylem muzycznym, czego wierni fani niekiedy nie mogą swoim idolom wybaczyć. Czy twoim zdaniem artysta powinien schlebiać gustom fanów, czy też podążać za tym, co mu aktualnie w duszy gra?

Zdecydowanie powinien iść za swoją intuicją i wewnętrznym, artystycznym głosem. Ja tego kiedyś nie wiedziałam, dlatego sugerowałam się tym, czego ludzie ode mnie oczekiwali. Starałam się sprostać tym oczekiwaniom, choć artystycznie już tego nie czułam. Miałam koronę pierwszej damy polskiego reggae i dancehallu. Przez moment byłam najbardziej rozpoznawalną w Polsce kobietą zajmującą się tym gatunkiem i to było super. Byłam przekonana, że ten status jest ogromną wartością i powinnam się go trzymać. Szłam za tym, czego oczekiwali ode mnie fani. Jednocześnie ze swoimi poetyckimi tekstami i pociągiem do innych gatunków muzycznych, zaczęłam czuć dyskomfort. Obawiałam się jednak, że w momencie, w którym odrzucę status królowej reggae i wyjdę z tego środowiska, zostanę z niczym.

Zrobiłaś jednak ten krok. Żałujesz?

Nie, absolutnie. Choć miałam momenty pesymistycznego myślenia, że płyta, która nagram, będzie ostatnia w mojej karierze.

Byłaś zła na fanów, że narzucają ci, co masz grać?

Nie, nie byłam na nikogo zła. To raczej było uczucie nieadekwatności.

Wzięłaś udział w projekcie "Panny Morowe" Darka Malejonka. Czy czułaś presję w związku z dotykaniem tak ważnego tematu, jakim dla Polaków jest Powstanie Warszawskie?

Ten temat jest trudny, z kilku powodów. Po pierwsze problem ludzkiej śmierci wymaga delikatności i szacunku. Zrozumienie motywacji działań wymaga przestudiowania ludzkich historii. Nie suchych faktów. Po drugie: opinie o Powstaniu były i nadal są podzielone. Choć nikt nie kwestionuje bohaterstwa ludzi, którzy wzięli w nim udział, to kwestionuje się zasadność tego ruchu. Wciąż trwa dyskusja, czy w ogóle nie byłoby lepiej, gdyby Powstanie nie wybuchło. Trzecia rzecz: w ostatnim czasie Powstanie Warszawskie zostało bardzo mocno "wypromowane". Powstało wiele projektów związanych z tym tematem, na murach zaczęły pojawiać się napisy "Pamiętamy" i symbole powstańcze. Kiedy temat się popularyzuje, zawsze w jakimś stopniu jest trywializowany. Wydaje mi się jednak, że trzeba się zgodzić na ten element banału, ponieważ dostajemy w zamian dyskusję o ważnej sprawie, z której płynie nauka na przyszłość.

Dostajemy też rozkwit patriotyzmu.

To zależy, co rozumiemy pod pojęciem patriotyzmu. W atmosferze, jaka zapanowała wśród młodzieży noszącej bluzy i koszulki z symbolami powstańczymi, często nie chodzi o głęboki patriotyzm, bardziej o poczucie wspólnoty i buntu. Powstanie daje pretekst, żeby coś wykrzyczeć, ale to jeszcze nie jest patriotyzm. Nie wystarczy znać datę, wiedzieć, że takie zdarzenie miało miejsce, i wywrzaskiwać patriotyczne hasła. To jest fasadowe.

Czym więc dla ciebie jest patriotyzm?

Patriotyzm to zadanie sobie trudu, by poznać historię i motywacje ludzi, po których przejęło się schedę. To odpowiedzialność za kulturę, historię i język, spuściznę po przeszłych pokoleniach. To wreszcie zaangażowanie w pielęgnowanie, ocalanie, reinterpretację i tworzenie na nowo kultury, do której się przynależy. Patriota dba o ojczyznę również tak, że nie śmieci, nie demoluje, sprząta po psie, okazuje szacunek ludziom i miejscom. Patriocie zależy. Nie tylko na sobie.

Jaki był odbiór twoich piosenek z tego projektu?

Bardzo dobry. Ludzie pisali, że tekst "Idziemy w noc" ich poruszył. Podobało się to, że historia opowiedziana jest bez patosu. Czułam, że nie powinnam pisać z pozycji historyka, którym nie jestem. Nie chciałam też mówić o postaciach z Powstania, jak o wielkich bohaterach z brązu i marmuru, bo to odbiera im człowieczeństwo. Wzięłam więc na warsztat swoją mikroskalę. Próbowałam zrozumieć, jaki żal i pretensję odczuwali ludzie, którym odebrano dom, rodzinę, ukochanego. Jak się bali. Jak walczyli o człowieczeństwo. Moje życiowe dramaty oczywiście miały inną skalę, ale próbowałam dzięki nim zrozumieć emocje.

Jednym z twoich życiowych dramatów, któremu poświęcasz trochę uwagi w książce, jest rozwód. Kiedy miałaś 27 lat, rozpadło się twoje pierwsze małżeństwo. Czy odebrałaś to jako porażkę?

Wtedy tak. Dość długo rozpatrywałam rozwód w kontekście mojej winy. Miałam do siebie ogromny żal, że w ogóle wyszłam wówczas za mąż, że podjęłam złą decyzję, ignorując alarmujące przesłanki. Małżeństwo stanowi dla mnie ogromną wartość. Nie traktuję go jak rodzaju umowy między firmami, którą można zrywać i podpisywać lekką ręką. Nie zgadzam się też z opinią, że małżeństwo to praktyczny wymysł dla dobra potomstwa. Dla mnie ono ma sens nawet, jeśli nie ma w nim dzieci. Daje szansę rozwoju w kierunku pełni człowieczeństwa. Jest wartością.

Dlaczego zdecydowałaś się na "rozwód kościelny"?

Nie ma czegoś takiego. Kościół może uznać, że sakrament w ogóle nie miał miejsca.

Czym procedura kościelnego unieważnienia małżeństwa różni się od rozwodu cywilnego?

Przede wszystkim tym, że w sądzie cywilnym istotne jest, co zaszło po ślubie, a w sądzie kanonicznym istotne jest to, co było przed nim i w trakcie. Jakiego rodzaju ludzie uczestniczą w całej sprawie. Czy wierzą w sakrament? Czy wiedzą, że on się właśnie staje? Sakrament jest ważny tylko wówczas, gdy oboje małżonkowie przyjmują go świadomie. Tu ksiądz jest tylko łącznikiem, natomiast to kobieta i mężczyzna udzielają go sobie nawzajem. Nie ksiądz. To się wydarza na poziomie duchowym. Jeśli więc któraś ze stron nie ma świadomości tego, co robiła, to znaczy, że tego nie zrobiła. Jeśli coś istotnego zostało zatajone lub rzecz dzieje się pod przymusem, efekt jest podobny. W sądzie kanonicznym przesłuchania odbywają się osobno. Nie ma rozprawy, na której obecne są obie strony i dochodzi do konfrontacji. Przesłuchania te mają momentami formę zbliżoną do spowiedzi, nie dotyczą suchych faktów, które interesują sąd cywilny, a tego, co się działo w duchowości.

Czy książka "Antydepresanty" jest dla ciebie formą pamiętnika, rozliczenia z przeszłością, czy raczej opowieścią o sobie?

Przede wszystkim chciałam, żeby to była ładna rzecz, coś w rodzaju albumu. Wymyśliłam sobie, że będzie to publikacja łącząca wiersze - czyli piosenki - z ilustracjami. Ponieważ jednak wydawnictwo poprosiło, żeby było tam trochę opowiadania, podzieliłam swoje piosenki na 20 działów tematycznych i napisałam do nich teksty wprowadzające. Siłą rzeczy wyszło więc odrobinę autobiograficznie i jest w tym trochę pamiętnika. Ja jestem typem siłaczki i czułam misję, żeby te historie nie były tylko wylaniem z siebie opowieści, ale żeby też coś ocaliły, na przykład wartość jakiegoś modelu rodziny.

Masz na myśli swój dom rodzinny?

Tak, chciałam zilustrować swój dom rodzinny, w którym najmłodszych od najstarszych dzieli prawie sto lat. A jednak są siebie ciekawi i potrafią znakomicie się dogadać. Ktoś mi niedawno powiedział, że dzisiaj takich wielopokoleniowych domów już prawie nie ma. Zatem zrobiłam mu zdjęcie, żeby dowieść, że wielodzietna rodzina to nie patologia, a taki wielopokoleniowy dom jest możliwy. Opisałam kawałek dzieciństwa i młodości, okres przemian ustrojowych lat dziewięćdziesiątych. Sportretowałam kilka drobiazgów z tego czasu - to wszystko, co powoli odchodzi w zapomnienie, a co pozwala zrozumieć pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków. Na własnym przykładzie opisałam, jak się robi piosenki i jak się przeżywa samotność w wielkim tłumie. Jak się wychodzi z izolującej od świata skorupy. Ktoś w tym może odnajdzie cząstkę siebie i przestanie się czuć tak wyobcowany i nieadekwatny. Może coś dobrego z tego wyniknie.

Książka Mariki "Antydepresanty" ukazała się nakładem wydawnictwa Edipresse Książki