Anna Sobańda: W 1970 roku przeprowadziła się pani z Krakowa do Warszawy. We wstępie do albumu możemy przeczytać, że stolica nie zrobiła wówczas na pani dobrego wrażenia. Dlaczego?

Anna Seniuk: Wydaje mi się, że to jest oczywiste. Jak się mieszka wiele lat w Krakowie, studiuje się tam, spędza okres liceum i czasy studenckie, to trudno jest później odnaleźć się w Warszawie.  Poza tym chciałam pójść na historię sztuki, być otoczona Krakowem, jego zakamarkami i atmosferą. I nagle wpadłam w tę Warszawę, w której oczywiście było parę kamienic przedwojennych, ale cała reszta była dosyć żałosna. Wolałam nie patrzeć na to miasto. Na szczęście miałam dużo pracy, więc nie chodziłam na romantyczne spacery, takie jak w Krakowie na Plantach. Tutaj w ogóle nie ma gdzie spacerować, nie ma takiego centrum dla warszawiaków. Jest rynek Starego Miasta, ale on jest głównie dla turystów, rdzenni warszawiacy tam nie chodzą.

No więc jak tu porównać to miasto z Krakowem? Nie najlepiej to wyglądało. Ale przyjechałam do Warszawy na jeden sezon i myślałam, że szybko stąd ucieknę, bo dłużej nie wytrzymam. Jednak los płata figle, wyszłam tu za mąż i zostałam. Bo miasto to też ludzie. Jeśli mam tutaj rodzinę, wspomnienia, to zaczyna być moje miasto, bo tu są moi najbliżsi.

Lata 70-te to silna propaganda sukcesu kreowana przez ówczesne władze. Czy pani dała się jej omamić?

Nie bardzo, ponieważ ja rozmawiałam z ludźmi, którzy mieli świadomość tego, co się dzieje. Miałam kontakt z elitą, inteligencją, ludźmi, którzy pracowali w gospodarce, i uświadamiali mi, że nie ma się z czego cieszyć, bo im lepiej jest teraz, tym później będzie gorzej. No i oczywiście skończyło się katastrofą gospodarczą.

A czy słuchając dzisiejszych obietnic wyborczych polityków, ma pani wrażenie powtórki z tamtego okresu?

Nie, teraz mamy inne czasy, mamy demokrację. Jak jest demokracja, to ludzie wybierają. Ja myślę, że najlepiej by było, gdybyśmy zajmowali się polityką raz na 4 lata. Wybieramy polityków i po czterech latach patrzymy, jak się sprawdzili. Tymczasem polityka towarzyszy nam non stop od rana do wieczora. Dlatego ludzie nie chodzą do głosowania, bo mają dosyć. Ja jestem bardzo rozczarowana polskim narodem, tym że połowa ludzi nie poszła zagłosować. Bardzo jest mi przykro i wstyd za tych, którzy nie oddali swojego głosu. Tak lubią mówić, że są dumni z piłkarzy, z Chopina, a niech będą dumni z siebie, z tego, że coś zrobili. Wszyscy chcą brać, a czasem trzeba coś dać od siebie i pójść na spacer raz na cztery lata.

Traktuje pani głosowanie jako patriotyczny obowiązek?

Ja bym tego nie nazwała nawet obowiązkiem. Jest to przypisane do mojego życia, nie wypada inaczej. Nie rozumiem tych 50% ludzi, którzy nie idą do wyborów, co oni sobie myślą?

Może są zdegustowani polityką i świadomie rezygnują z udziału w niej?

Przecież nie żyją na bezludnej wyspie. To jest głupie tłumaczenie. Przecież przez najbliższe lata będą funkcjonowali w tej przestrzeni politycznej. Więc jak mogą z tego rezygnować?

A jak skomentowałaby pani wynik wyborów parlamentarnych?

Co ludzie wybrali, to wybrali. Mamy ustrój demokratyczny, więc musimy przyjąć każdy wynik wyborów. Dawniej była jedna partia, nie mieliśmy wyboru, a teraz wybór mamy, więc należy się cieszyć, że każdy może mieć swoje zdanie.

Co pani sądzi o artystach angażujących się w politykę?

A dlaczego artyści mieliby tego nie robić? Czy to zawód, który nie nadaje się do wygłaszania własnych poglądów politycznych? W Sejmie mamy przecież rolników, mamy architektów, lekarzy, prawników, to dlaczego miałoby tam nie być aktorów? Przecież aktor nie jest głupszy od szewca czy lekarza.