Już jesienią Cezarego Pazurę będzie można oglądać w nowym serialu stacji TVN, "Aż po sufit!". Z tej okazji porozmawialiśmy z aktorem o wychowaniu dzieci, zagrożeniach cywilizacyjny i jego zainteresowaniu polityką.

Anna Sobańda: Na Facebooku zdarza się panu dzielić swoimi refleksjami na tematy społeczno – polityczne, co jest później komentowane nie tylko przez internautów, ale i media. Czy myślał pan o założeniu na przykład bloga publicystycznego?

Cezary Pazura: Nie, po to jest Facebook, żeby sobie skomentować, jak coś człowieka denerwuje albo upija. Ja się cieszę, że taka platforma jest, bo dzięki niej można dyskutować o czym się chce. Traktuję Facebook jako komentarz tej rzeczywistości i robię to bardzo rzadko.

Ale kiedy już pan to robi, to odbija się to szerokim echem. Pojawiają się także głosy, że to niedobrze, że komentuje pan kwestie polityczne, ponieważ artyście nie powinni się w politykę mieszać.

Ja się nie mieszam w politykę, ja tylko komentuję rzeczywistość, bo uważam, że każdy ma do tego prawo. Tak samo denerwuje mnie, kiedy ludzie mówią, że Kościół nie powinien się mieszać w politykę. A ja wręcz wymagam od Kościoła, do którego chodzę, żeby mi ksiądz powiedział, czy w swoim widzeniu świata mam rację, czy nie. A ponieważ polityka jest elementem, który ma istotny wpływ na moje życie, nie wyobrażam sobie, żeby ksiądz miał nie dać mi wskazówki, który człowiek jego zdaniem jest dobry, a który zły. Tak samo uważam, że artysta ma prawo komentować rzeczywistość. Zgadzam się jednak, że artysta nie powinien opowiadać się po żadnej stronie. Scena polityczna jest u nas bardzo spolaryzowana i ja sobie nie wyobrażam, że miałbym opowiedzieć się po jakiejś stronie. Jestem zawsze po stronie zdrowego rozsądku, który mam nadzieję posiadam, chociaż też się mogę mylić. Dlatego jest Facebook, na którym mogę z ludźmi dyskutować i bardzo dużo daje mi czytanie komentarzy pod moimi wpisami, bo okazuje się, że ja też mogę nie mieć racji.

Zdarzyło się panu zmienić zdanie na skutek komentarzy, jakie pojawiły się pod pana tekstem?

Oczywiście, że tak. Zdarzało mi się przemyśleć pewne rzeczy, zweryfikować swoje stanowisko i przyznać, że faktycznie wcześniej powiedziałem, zanim pomyślałem. Uważam, że to jest fair i po to jest właśnie Facebook, żeby dyskutować.

Wspominał pan, że nie chciałby nigdy opowiadać się po stronie żadnej z politycznych opcji. Jednak na skutek swoich wypowiedzi, został pan już do jednej z nich przydzielony.

Do jakiej opcji? Ja tylko kibicuję Pawłowi Kukizowi od czasu jego medialnego zwycięstwa podczas wyborów. Mnie się wydaje, że ja go po prostu rozumiem. Mam 53 lata i przez te wszystkie lata polityka tak mi już dopiekła, że hasło „mam dość” pasuje również do mnie. Paweł Kukiz sam nie chce być politykiem i nim nie jest. On chce tylko otwierać ludziom głowy, żeby sami zaczęli decydować o swoim życiu. I to właśnie robi.

No tak, ale Kukizowi zarzuca się, że się buntuje, ale nie ma niczego co by za tym buntem szło. Nie ma żadnego programu politycznego.

Ale nie rozumie pani, że to jest właśnie w nim genialne? Że on mi niczego nie narzuca, tylko mówi: zastanówmy się wspólnie. Wie pani, co najwspanialszego powiedział Kukiz? Powiedział, że program powstanie tam, gdzie pracodawca spotka się z przedsiębiorcą. Tam powstanie sens istnienia, życia, pracy. Oni szybciej się dogadają sami, niż wówczas, gdy wejdzie pomiędzy nich pośrednik, którym okaże się jakiś skorumpowany polityk. Mnie się to podoba i ja to rozumiem, bo się z tym spotykam w swoim życiu. Na przykład w relacjach artysta – widz, kiedy pojawia się pośrednik, czyli krytyk, może te relacje zepsuć i robi to notorycznie. Tak między jednym, a drugim obywatelem stoi polityk, który ma swoje widzimisię, niekoniecznie jest wykształcony, niekoniecznie przygotowany, tylko po prostu walczący o swoje partykularne interesy. W Polsce polityka stała się przedsiębiorstwem. Politycy to przedsiębiorcy, którzy pasą się na tym, że żyją z naszych pieniędzy. Są niekompetentni, aroganccy i tylko temu Kukiz mówi stop. On ma tak naprawdę bardzo dużą wiedzę, ja jestem zaskoczony tym, ile one wie. I teraz pytanie, czy on się myli, czy ci którzy go krytykują, są za głupi, żeby to zrozumieć.

Jesteśmy świeżo po zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy na prezydenta Polski. Jedni wraz z objęciem przez niego stanowiska głowy państwa wieszczą prawdziwy kataklizm, inni zaś wiążą z tym duże nadzieje. Czego pan się spodziewa po tej prezydenturze?

Prezydent nie może mieszać, on musi być twarzą naszego narodu, ale umówmy się, prezydent w naszym kraju ma bardzo ograniczone możliwości. Dlatego ja bym nie przeceniał jego pozycji. Uważam także, że prezydentowi wybranemu w wyborach powszechnych, w demokratycznym kraju należy się szacunek każdego obywatela, nawet tego, który na niego nie głosował.

Myślę jednak, że tak jak było w przypadku Bronisława Komorowskiego, którego przeciwnicy nie szanowali, tak znajdą się i tacy, którzy nie będą darzyli szacunkiem należnym prezydentowi, Andrzeja Dudy.

Tak, dlatego fajnie byłoby wrócić do podstaw i się tego szacunku nauczyć. Ja z panią Anną Komorowską współpracowałem jako ambasador olimpiad specjalnych, bardzo często byłem w pałacu u pana Bronisława Komorowskiego i nigdy o nim źle nie powiem. Nie mam takiego powodu. To jest bardzo miły, wykształcony, porządny człowiek. Oddanie głosu w wyborach to jedno, ale szacunek to drugie. Dlatego nie rozumiem tych kalumnii. Jestem aktorem, wiem, jak hejt potrafi dopiec człowiekowi i to dotyczy także polityków. Dlatego ja się w ogóle nie kieruję tym, co mówią przeciwnicy, tylko patrzę na to, co człowiek robi.

Polityka jest tematem, który jak widzę żywo pana interesuje. Czy rozważa pan bycie politykiem w przyszłości?

Ja się na tym nie znam. Zastanawiałem się nawet nad tym, co bym zrobił, gdyby przyszedł do mnie prezydent Duda, albo nowy premier i zaproponował zostanie ministrem kultury. I nie potrafię sobie tego wyobrazić. Jestem magistrem sztuki i moja wiedza jest ograniczona. Interesowałem się kiedyś filmem i architekturą drewnianą, ale nie mam spektrum wiedzy takiego, jakie miał na przykład poprzedni minister, mam tu na myśli pana Zdrojewskiego. Kompetentny człowiek, mający wielką wiedzę. Poza tym, jak to powiedział w „Nikosiu Dyzmie” jeden z bohaterów „Co mi dali? Ministra kultury. W ogóle nie dochodowa impreza”. (śmiech)
Tak na poważnie jednak, to jest także wielka odpowiedzialność. Ma się wówczas pod sobą zabytki, kinematografię, całą kulturę tego kraju. Ja się boję takiej odpowiedzialności.

Tak więc, gdyby zgłosił się do pana nowy szef rządu z propozycją objęcia ministerstwa kultury, co by mu pan odpowiedział?

Odpowiedziałbym, że to przemyślę (śmiech)

Jak się pan czuje debiutując w roli nowej twarzy stacji TVN?

Ja nigdy nie miałem problemu z tym, żeby być w jednej, drugiej, czy trzeciej telewizji. Z aktorami jest tak, że my gramy w jakimś tytule. Serial „Aż po sufit!” będzie emitowany w TVN, wiec ja chcę życzyć tej telewizji jak najlepiej, żeby ten mój serial jak najwięcej ludzi obejrzało, bo to jest bardzo dobry serial, innego bym nie przyjął. Przez lata odmawiałem różnych ról, co do których nie byłem przekonany, wolałem robić swoje kabarety, bo one dawały mi niezależność. Ale ta propozycja była tak ciekawa, że grzechem byłoby jej nie przyjąć.

W serialu „Aż po sufit!” gra pan ojca dorosłych już dzieci, w domu zaś ma pan kilkuletnie szkraby. Czy porównując te dwa etapy rodzicielstwa zgodziłby się pan z powiedzeniem „małe dzieci, mały kłopot, duże dzieci, duży kłopot”?

Tak zawsze było, jak świat światem. Ja co prawda mam córkę 26 letnią, ale ona akurat jest bezproblemowa. Tutaj nie chodzi jednak o to, że to dziecko jest problemem, tylko rodzic to jest takie zwierzę, które dorosłe problemy dzieci traktuje jako swoje. I tego nie można się pozbyć. Dla rodzica nie ma znaczenia, czy dziecko ma 5 lat, czy 25, zawsze patrzymy na nie jak na malucha, który potrzebuje naszej opieki. To niekoniecznie musi być nadopiekuńczość, ale to są właśnie te rodzicielskie uczucia. Potem od tych dzieci oczekujemy wzajemności, że one nas będą rozumiały na starość, że będą przy naszym boku. Ale niekoniecznie tak jest, bo przecież one żyją własnym życiem, mają swoje dzieci i swoje problemy.

Patrząc na swoje maluchy, jakich problemów obawia się pan w przyszłości, kiedy dorosną?

Jak każdy ojciec, życzę swoim dzieciom jak najlepiej, żeby takich problemów miały jak najmniej. Zresztą z problemami moje dzieci sobie poradzą, bo my ich do tego będziemy przygotowywać i nauczymy je, jak stawić im czoła. Najbardziej boję się jednak pułapek, które mogą na nie czyhać. Mam tu na myśli narkotyki, alkohol, złe towarzystwo, niewłaściwego partnera. To są pułapki, na które rodzice nie mają wpływu, ale muszą poinformować dzieci, że tak wygląda życie. Bo na razie, póki są małe, są chowane pod kloszem, odbierają świat tylko w czarno-białych kolorach. Nie widzą szarości, nie widzą podstępu, nie widzą tych niuansów, które ukrywają złe uczucia i emocje za piękną fasadą. Dlatego boję się pułapek cywilizacyjnych, tego konsumpcyjnego stylu życia. Dzieci muszą bowiem znać wartość pracy, dochodzenia do czegoś własnym wysiłkiem, bo to formuje człowieka.

Ale w tym chyba jest rola rodziców i wychowania.

Oczywiście, my ich tego nauczymy, ale pułapki, na które nie mamy wpływu również są. Pojawiają się takie metody złapania młodego człowieka na lep jakiegoś produktu, że nawet nie wiemy kiedy dziecko sięga po niedozwolone środki. Ostatnio mamy na przykład dopalacze. Taka ładna nazwa, a to są przecież zabójcze trucizny. Tego się najbardziej boję.

Obecnie wraz z żoną bardzo chronicie prywatność swoich dzieci. Czy jeśli za kilka lat, będą chciały wziąć udział na przykład w takim show jak „Aplauz, aplauz!” będzie pan im odradzał, czy też pozwoli na występ w telewizji?

Ja sam mam znajomych, których córeczka śpiewa tak, że jak to usłyszałem, to mi trampki spadły. Sam powiedziałem im, że powinni zgłosić się z tym dzieckiem do telewizji, bo świat powinien zobaczyć taki fenomen. I oczywiście, że jeśli okaże się, że moje dziecko jest fenomenem w jakiejś dziedzinie, to chciałbym, aby każdy ten fenomen pokochał. Temu służą takie programy. Mój przyjaciel, Piotr Rubik w takim programie uczestniczy i ja po jego zapale i jego energii widzę, że to jest coś fajnego. On się w to bardzo mocno zaangażował i fajnie, że są takie programy, w których te utalentowane dzieci mogą się pokazać. Więc jeśli moje dziecko miałoby taki talent, nie miał bym chyba nic przeciwko. Dziecka nie wolno hamować, zwłaszcza jeśli ma talent.